Do powyższej refleksji doszłam dzisiaj, pisząc "pracę domową" na wykład z historii gospodarczej...
Zacznę jednak po kolei. Prawie dwa tygodnie temu, na laboratorium z TI, prowadzący zajęcia poinformował nas o tym, że każdy w ramach zaliczenia przedmiotu, będzie musiał stworzyć prezentację multimedialną, która będzie w jakiś sposób z nami związana - nasze pasje, przyjaciele, rodzina, my sami... cokolwiek. W sumie zainteresowań mam całkiem sporo: zawsze lubiłam sport (w szczególności sztuki walki, które niestety zeszły już jakiś czas temu na daleki plan...), siatkówkę, piłkę ręczną, tenisa stołowego (tak, ja to naprawdę lubię :D), w ostatnie wakacje umiłowałam również rower :D, a oprócz tego lubię czytać, trochę interesuję się psychologią... coś na pewno by się znalazło. Kiedy jednak prowadzący zajęcia zaczął mówić o wymaganiach jakie ma spełniać ta prezentacja... min. 12 slajdów, zdjęcia, film, muzyka w tle, jakiś wykres... doszłam do wniosku, że to musi być coś, czym ja naprawdę żyje na co dzień. Bo inaczej, po prostu nie znajdę materiałów ;P Albo będę musiała bardzo mocno szukać ich nie wiadomo gdzie, co przy okazji sprawi, że przygotowanie takiej prezentacji będzie bardzo długie i nużące. Stwierdziłam więc (bardzo spontanicznie), że zrobię prezentacje nt. wspólnoty do której należę - czyli RŚ-Ż. Temat ten został zaakceptowany przez prowadzącego, więc nawet gdyby teraz przyszło mi do głowy to zmienić, nie mam już za bardzo na to szans ;D Ta prezentacja, może być więc okazją do świadectwa o Chrystusie...
W czwartek zaś, na wykładzie ze wspomnianej już powyżej historii gospodarczej, wykładowczyni poprosiła nas o stworzenie periodyzacji własnego życia i dostarczenie jej na najbliższy wykład. Periodyzacji mamy dokonać ze wzgl. na dowolny, wybrany przez siebie czynnik. Jedynym zakazanym czynnikiem jest periodyzacja ze względu na etapy nauki - bo wtedy każdy podzieliłby swoje życie w ten sam sposób, co nie wymagałoby od nas żadnego myślenia... Chwilę się zastanawiałam i... stwierdziłam, że jedynym takim czynnikiem, na który mogę się zdecydować, jest podział mojego życia ze względu na podejście do wiary i wpływ wartości chrześcijańskich na moje życie. Mogłabym szukać różnych innych, bardzo sztucznych podziałów: ze wzgl. na zmieniające się zainteresowania, miejsce zamieszkania (wtedy byłby to bardzo mało skomplikowany podział ;D) czy jakikolwiek inny. Ale takim jedynym istotnym czynnikiem, który faktycznie dzieli moje życie na kilka etapów, jest właśnie wiara. Mój osobisty kontakt z Chrystusem.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy aby nie jestem monotematyczna... ale szczerze mówiąc, cieszy mnie to stwierdzenie, że: "mówiąc o swoim życiu, nie mogę nie mówić o Chrystusie", gdyż bardzo przypomina mi to słowa św. Pawła, który powiedział: "już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20), a jego postawa, jest dla mnie niewątpliwie dużym przykładem :)
sobota, 23 października 2010
sobota, 2 października 2010
Studentka :D
I stało się ;D Od wczoraj, już jak najbardziej oficjalnie, jestem studentką I roku Finansów i Rachunkowości na Wydziale Ekonomicznym UMCS. Jak powiedział prorektor w trakcie uroczystej Immatrykulacji, na kierunku, który w chwili obecnej jest "perełką Uniwersytetu" ;D Tak więc zaczęło się miło, mam nadzieję, że dalej, nie będzie inaczej :)
A swoją drogą... wrócę jeszcze do opisywanej wcześniej ewangelizacji. Kiedy byliśmy już w ostatniej z odwiedzanych przez nas klas, katechetka skierowała w moją stronę pytanie, dlaczego akurat wydział ekonomiczny... powiedziała coś mniej więcej: "z jednej strony blisko Boga, a z drugiej ta ekonomia... czy to się ze sobą nie kłóci?". Przyznam szczerze, że przez chwilę poczułam się jak ten celnik Mateusz, który zasiadł przy jednym stole z Chrystusem, zaś faryzeusze pytali go dlaczego z nim jada. Otóż, na pewno nie każdy celnik był złodziejem, było to uogólnienie, które niestety odbijało się na tych uczciwych. Z drugiej zaś strony, ktoś mógłby stwierdzić, że kończąc taki kierunek, będę się zajmować głównie sprawami materialnymi, tzw "mamoną", a jak większość pewnie wie "nie można służyć Bogu i mamonie" (Łk 16, 13b). No właśnie. Ale czy takie studia i praca związana z finansami bądź rachunkowością, musi wiązać się z tym o czym mówi Chrystus w tym fragmencie Ewangelii? Myślę (a właściwie jestem pewna) że nie! Owszem, można przyjąć w takiej pracy postawę "nieuczciwego zarządcy", bądź celnika, który będzie wzbogacał się dzięki takiej pracy (chociaż nie wiem na ile do końca to jest możliwe, bądź czy faktycznie jest bardziej możliwe niż w jakimkolwiek innym zawodzie...). A samo zajmowanie się pieniędzmi... cóż... zajmujemy się nimi codziennie. Wszyscy. Nawet siostry zakonne, czy bracia/ojcowie, składający ślub ubóstwa - bo też muszą się za coś utrzymać... Samo więc dysponowanie, czy zarządzanie pieniędzmi, nie jest niczym oddalającym od Boga, a wręcz przeciwnie - myślę, że uczciwe zarządzanie pieniędzmi, może być dobrym świadectwem wobec tych, którzy wszystkich celników czy urzędników traktują jak złodziei. Kończąc już, dodam tylko, iż ufam że to Pan Bóg kieruje moimi drogami i że ten czas studiów, który jest przede mną, również jest w Jego planie ;-) A co będzie dalej? Póki co, ja jeszcze tego nie wiem... On pewnie już tak ;-)
A swoją drogą... wrócę jeszcze do opisywanej wcześniej ewangelizacji. Kiedy byliśmy już w ostatniej z odwiedzanych przez nas klas, katechetka skierowała w moją stronę pytanie, dlaczego akurat wydział ekonomiczny... powiedziała coś mniej więcej: "z jednej strony blisko Boga, a z drugiej ta ekonomia... czy to się ze sobą nie kłóci?". Przyznam szczerze, że przez chwilę poczułam się jak ten celnik Mateusz, który zasiadł przy jednym stole z Chrystusem, zaś faryzeusze pytali go dlaczego z nim jada. Otóż, na pewno nie każdy celnik był złodziejem, było to uogólnienie, które niestety odbijało się na tych uczciwych. Z drugiej zaś strony, ktoś mógłby stwierdzić, że kończąc taki kierunek, będę się zajmować głównie sprawami materialnymi, tzw "mamoną", a jak większość pewnie wie "nie można służyć Bogu i mamonie" (Łk 16, 13b). No właśnie. Ale czy takie studia i praca związana z finansami bądź rachunkowością, musi wiązać się z tym o czym mówi Chrystus w tym fragmencie Ewangelii? Myślę (a właściwie jestem pewna) że nie! Owszem, można przyjąć w takiej pracy postawę "nieuczciwego zarządcy", bądź celnika, który będzie wzbogacał się dzięki takiej pracy (chociaż nie wiem na ile do końca to jest możliwe, bądź czy faktycznie jest bardziej możliwe niż w jakimkolwiek innym zawodzie...). A samo zajmowanie się pieniędzmi... cóż... zajmujemy się nimi codziennie. Wszyscy. Nawet siostry zakonne, czy bracia/ojcowie, składający ślub ubóstwa - bo też muszą się za coś utrzymać... Samo więc dysponowanie, czy zarządzanie pieniędzmi, nie jest niczym oddalającym od Boga, a wręcz przeciwnie - myślę, że uczciwe zarządzanie pieniędzmi, może być dobrym świadectwem wobec tych, którzy wszystkich celników czy urzędników traktują jak złodziei. Kończąc już, dodam tylko, iż ufam że to Pan Bóg kieruje moimi drogami i że ten czas studiów, który jest przede mną, również jest w Jego planie ;-) A co będzie dalej? Póki co, ja jeszcze tego nie wiem... On pewnie już tak ;-)
czwartek, 30 września 2010
Ewangelizacja w Lublinie
Wczoraj ok. godz. 10:00, dostałam smsa z prośbą o pomoc w przeprowadzeniu ewangelizacji w jednym z lubelskich gimnazjów. Ewangelizacja odbyła się dzisiaj. W pierwszej chwili nie wiedziałam czy się zgodzić... Jakiś czas temu rozważałam czy powinnam brać udział w ewangelizacji w gimnazjum znajdującym się na terenie naszej parafii, gdyż jak do tej pory z racji nauki w liceum, nie brałam udziału w poprzednich akcjach przeprowadzanych przez naszą wspólnotę. Z jednej strony, miałam ochotę wziąć w niej udział (tak chociażby dla "zdobycia doświadczenia"...), aczkolwiek zastanawiałam się czy wolą Bożą jest żebym w tym uczestniczyła. Zaczęły się pojawiać we mnie wątpliwości: czy może zamiast kogoś przybliżyć do Boga lub zachęcić do przyjścia na oazę to go zniechęcę, i tym podobne rozterki. Teraz, z perspektywy dzisiejszej ewangelizacji, wiem że w momencie pojawienia się we mnie tamtych wątpliwości, liczyłam nie na Boże działanie, lecz na własne siły (gdyż bez pomocy łaski, to ja nikogo nie mogę zaprowadzić do Boga, w końcu nie posiadam takich umiejętności i jeśli już "to nie ja działam, lecz działa we mnie Chrystus" ;-), co szatan próbował wykorzystać wprowadzając zamęt i zniechęcenie...
Nie miałam wczoraj zbyt wiele czasu na zastanowienie jaką decyzję podjąć. Niedługo po smsie, kiedy zaczęłam "tłumaczyć" swoje wątpliwości odpisując osobie, która poprosiła mnie o tą pomoc, dostałam od tej osoby telefon i w głosie mojego rozmówcy, odczytałam to, że właściwie oni nie biorą za bardzo pod uwagę mojej decyzji odmownej... Stwierdziłam więc, że to jednak jest jakiś znak dla mnie i odpowiedź na moje poprzednie wątpliwości i że nie mogę zrezygnować, nawet jeśli miałoby mnie to sporo kosztować.
Jadąc na tę ewangelizację, nie wiedziałam do końca co mam tam powiedzieć. Postanowiłam powierzyć to zadanie Duchowi Świętemu i Maryi. Miałam tylko plan co do tego, jaką animację zaprezentuję i na jej podstawie, miałam opowiedzieć o działaniu wspólnoty w życiu każdego człowieka, w życiu Kościoła - nie miałam jednak żadnego konkretnego planu tej wypowiedzi. Plan tak naprawdę zrodził się bardzo spontanicznie... Do animacji potrzebnych było mi kilka osób. W pierwszej klasie którą odwiedzaliśmy, zaprosiłam do siebie 8 osób i poprosiłam o wykonanie pewnej czynności. Jedna z osób, wykonała to w sposób nieco inny niż o to prosiłam i ku mojemu zdziwieniu... okazało się to niesamowitym przykładem funkcjonowania jednostki we wspólnocie, które potem mogłam rozwinąć (czego kompletnie się nie spodziewałam :D). To był dla mnie ewidentny znak Bożego działania :) Gdybym weszła na tę lekcję z gotowym, wyuczonym na pamięć tekstem do przedstawienia, na pewno nie wykorzystałabym tej sytuacji, zamykając się na to co sama sobie wcześniej zaplanowałam. Ta sytuacja pokazała mi, że Pan Bóg naprawdę może działać przeze mnie, w sposób jakiego się nie spodziewam - muszę Mu tylko na to pozwolić i zaufać.
Może nieco mniej pozytywnym doświadczeniem (a właściwie spostrzeżeniem), okazała się świadomość religijna tych gimnazjalistów. Ogólnie bardzo pozytywnie zaskoczyli nas Ci uczniowie (jak i grono pedagogiczne!), tego podobno najlepszego publicznego gimnazjum w Lublinie, swoją postawą na lekcjach (z bardzo nielicznymi wyjątkami "łobuzerstwa" ;-) i tym, jak nieraz wręcz zatopieni byli w tym co mówiliśmy (ufam, że Pan Bóg mówił przez nas...). Kiedy jednak w którejś z klas, jakoś bardzo spontanicznie padło z naszej strony pytanie, czy wierzą w istnienie szatana, rozległo się w klasie równoległe "nie"... nie usłyszałam ŻADNEGO głosu na "tak". Faktem jest jednak, że sporo osób się nie odezwało... być może były to osoby niepewne, albo po prostu bały się ośmieszenia. Za to w jeszcze innej klasie, kolega który na każdej lekcji wspominał o istnieniu szatana w swojej kwestii, którą mówił, w pewnym momencie zgubił nieco wątek, przez co wyleciało mu to kompletnie z głowy. Jednak w trakcie animacji, którą prowadziłam zaraz po jego wypowiedzi, przypomniała mu o tym koleżanka, która również z nami przeprowadzała tę akcję ewangelizacyjną i po tej animacji, jeszcze na chwilę wrócił do głosu by o tym powiedzieć i zaraz potem oddać głos koleżance, która prezentowała po krótce już sam Ruch Światło-Życie, zapraszając do wspólnoty oazowej działającej przy tamtejszej parafii. Jak się później okazało, była to klasa, w której jako jedynej (!) pojawiły się po naszej wypowiedzi pytania nt. istnienia szatana, piekła, itd... Kiedy wyszliśmy już z tej sali, przypomniały mi się usłyszane kiedyś słowa, że: "największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie w niego nie wierzą", zaś kolega któremu wyleciała ta kwestia z głowy, stwierdził że to było ewidentne działanie złego, który nie chciał aby te dzieciaki (czy już młodzież ;-) się o nim dowiedziały. Na całe szczęście, to Pan Bóg kierował tą ewangelizacją i sądząc po reakcji naszych słuchaczy, ten czas kilku godzin spędzonych w tamtejszym gimnazjum, nie pozostanie bezowocny :)
Dziękuję zatem wszystkim tym, którzy wspierali nas swoją modlitwą! I Chwała Panu!
Nie miałam wczoraj zbyt wiele czasu na zastanowienie jaką decyzję podjąć. Niedługo po smsie, kiedy zaczęłam "tłumaczyć" swoje wątpliwości odpisując osobie, która poprosiła mnie o tą pomoc, dostałam od tej osoby telefon i w głosie mojego rozmówcy, odczytałam to, że właściwie oni nie biorą za bardzo pod uwagę mojej decyzji odmownej... Stwierdziłam więc, że to jednak jest jakiś znak dla mnie i odpowiedź na moje poprzednie wątpliwości i że nie mogę zrezygnować, nawet jeśli miałoby mnie to sporo kosztować.
Jadąc na tę ewangelizację, nie wiedziałam do końca co mam tam powiedzieć. Postanowiłam powierzyć to zadanie Duchowi Świętemu i Maryi. Miałam tylko plan co do tego, jaką animację zaprezentuję i na jej podstawie, miałam opowiedzieć o działaniu wspólnoty w życiu każdego człowieka, w życiu Kościoła - nie miałam jednak żadnego konkretnego planu tej wypowiedzi. Plan tak naprawdę zrodził się bardzo spontanicznie... Do animacji potrzebnych było mi kilka osób. W pierwszej klasie którą odwiedzaliśmy, zaprosiłam do siebie 8 osób i poprosiłam o wykonanie pewnej czynności. Jedna z osób, wykonała to w sposób nieco inny niż o to prosiłam i ku mojemu zdziwieniu... okazało się to niesamowitym przykładem funkcjonowania jednostki we wspólnocie, które potem mogłam rozwinąć (czego kompletnie się nie spodziewałam :D). To był dla mnie ewidentny znak Bożego działania :) Gdybym weszła na tę lekcję z gotowym, wyuczonym na pamięć tekstem do przedstawienia, na pewno nie wykorzystałabym tej sytuacji, zamykając się na to co sama sobie wcześniej zaplanowałam. Ta sytuacja pokazała mi, że Pan Bóg naprawdę może działać przeze mnie, w sposób jakiego się nie spodziewam - muszę Mu tylko na to pozwolić i zaufać.
Może nieco mniej pozytywnym doświadczeniem (a właściwie spostrzeżeniem), okazała się świadomość religijna tych gimnazjalistów. Ogólnie bardzo pozytywnie zaskoczyli nas Ci uczniowie (jak i grono pedagogiczne!), tego podobno najlepszego publicznego gimnazjum w Lublinie, swoją postawą na lekcjach (z bardzo nielicznymi wyjątkami "łobuzerstwa" ;-) i tym, jak nieraz wręcz zatopieni byli w tym co mówiliśmy (ufam, że Pan Bóg mówił przez nas...). Kiedy jednak w którejś z klas, jakoś bardzo spontanicznie padło z naszej strony pytanie, czy wierzą w istnienie szatana, rozległo się w klasie równoległe "nie"... nie usłyszałam ŻADNEGO głosu na "tak". Faktem jest jednak, że sporo osób się nie odezwało... być może były to osoby niepewne, albo po prostu bały się ośmieszenia. Za to w jeszcze innej klasie, kolega który na każdej lekcji wspominał o istnieniu szatana w swojej kwestii, którą mówił, w pewnym momencie zgubił nieco wątek, przez co wyleciało mu to kompletnie z głowy. Jednak w trakcie animacji, którą prowadziłam zaraz po jego wypowiedzi, przypomniała mu o tym koleżanka, która również z nami przeprowadzała tę akcję ewangelizacyjną i po tej animacji, jeszcze na chwilę wrócił do głosu by o tym powiedzieć i zaraz potem oddać głos koleżance, która prezentowała po krótce już sam Ruch Światło-Życie, zapraszając do wspólnoty oazowej działającej przy tamtejszej parafii. Jak się później okazało, była to klasa, w której jako jedynej (!) pojawiły się po naszej wypowiedzi pytania nt. istnienia szatana, piekła, itd... Kiedy wyszliśmy już z tej sali, przypomniały mi się usłyszane kiedyś słowa, że: "największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie w niego nie wierzą", zaś kolega któremu wyleciała ta kwestia z głowy, stwierdził że to było ewidentne działanie złego, który nie chciał aby te dzieciaki (czy już młodzież ;-) się o nim dowiedziały. Na całe szczęście, to Pan Bóg kierował tą ewangelizacją i sądząc po reakcji naszych słuchaczy, ten czas kilku godzin spędzonych w tamtejszym gimnazjum, nie pozostanie bezowocny :)
Dziękuję zatem wszystkim tym, którzy wspierali nas swoją modlitwą! I Chwała Panu!
wtorek, 21 września 2010
Jeszcze więcej pokory...
Na rekolekcje jechałam z takim nastawieniem, że przyjmę wszystko co z woli Pana mnie tam spotka... I zmagania zaczęły się dość szybko. Pierwszym krzyżem jaki mnie tam spotkał, była choroba. Czułam się na tyle beznadziejnie, że już pierwszą Eucharystię w dzień przyjazdu spędziłam w łóżku z okropnym bólem głowy, trzęsąc się z zimna pod śpiworem i kocem (po Mszy świętej, ojciec moderator przyniósł mi jeszcze grzejnik elektryczny :D). W momencie uskarżania się na swój los, mając przed oczami wizję zmarnowanych rekolekcji, dostałam smsa o treści: "wola Pana stanie się i tak". No więc podbudowana tym stwierdzeniem (byłam pewna, że wolą Pana, nie są spędzone w łóżku rekolekcje ;P), usilnie zaczęłam modlić się o zdrowie i siły na te 15 dni... do końca tajemnic radosnych rekolekcji, byłam już zupełnie zdrowa, zaś z perspektywy czasu, te pierwsze ciężkie dla mnie dni we Wrocławiu, pozwoliły dostrzec mi jak wielką łaską jest to zdrowie.
Kolejną rzeczą, zupełnie niespodziewaną, był fakt, iż moją animatorką została dziewczyna, która przyjechała na III st. jako uczestniczka... w drodze do Wrocławia, dowiedziała się że będzie animatorką. Sama nigdy wcześniej nie była na III st, w oazie jest krócej ode mnie. Teoretycznie można by stwierdzić, że jest mniej "doświadczona" niż ja, a ma być moją animatorką. Jako, że od razu po pierwszym odruchu wewnętrznego buntu, przypomniałam sobie o moim postanowieniu przyjęcia wszystkiego takim jakim będzie, starałam się przyjąć to z pokorą... Dosyć szybko okazało się, że Ania jest naprawdę wspaniałą animatorką i nie zamieniłabym jej w tym momencie na żadną inną ;-) Przyjęcie tej posługi, która spadła na nią bardzo niespodziewanie, wymagała naprawdę dużo odwagi. Ania zaimponowała mi swoją ufnością wobec Pana i wytrwałością, kiedy po nocach przygotowywała się do kolejnego spotkania, które miała poprowadzić, gdyż nie znała treści III stopnia, zaś rano, wstawała najwcześniej z nas wszystkich, żeby raz jeszcze spojrzeć na treści dnia, który właśnie się rozpoczynał i pokierować nami w kuchni, w której sama orientowała się na początku rekolekcji, niewiele lepiej niż my ;D
Ale to nie był koniec niespodzianek, które miały na celu nauczyć mnie pokory. Kolejna sytuacja, miała miejsce w pociągu, 12. dnia rekolekcji, kiedy wracaliśmy z pielgrzymki z Trzebnicy, do Wrocławia. W pociągu spotkałyśmy wraz z koleżanką z mojej grupy, pewnego mężczyznę (wcale nie chciałyśmy obok niego usiąść, tak po prostu wyszło...). Zaraz jak usiadłyśmy, usłyszałyśmy od niego pytanie: "dokąd jedziecie? skąd jesteście?" Po chwili odpowiedziałyśmy, że jedziemy do Wrocławia, że przeżywamy tam rekolekcje. We mnie zaś, od razu pojawiła się myśl, że wreszcie nadarzyła się jakaś okazja do ewangelizacji! Że teraz zaczniemy opowiadać temu panu, jakie to my jesteśmy wierzące, wspaniałe, i takie tam... Ale zaraz po tym, jak rzuciłyśmy hasło III stopnia, nasz towarzysz podróży zacytował jakiś fragment z Pisma Świętego (niestety fragmentu nie pamiętam) i spytał jak to hasło ma się do tego... Zamurowało nas. Pytanie było tak sformułowane, że nawet nie wiedziałyśmy o co chodzi... Żeby jakoś wybrnąć z sytuacji, zażartowałam, że na to pytanie może lepiej odpowie ten pan z tyłu (za mną siedział nasz ojciec moderator). W pierwszej chwili po tym pytaniu, myślałam że mamy do czynienia ze świadkiem jehowy i przez chwilę naprawdę zastanawiałam się co dalej robić: próbować z nim rozmawiać? a może uciec?... Na szczęście, po chwili nasz rozmówca, przyznał się, że gdy wchodziliśmy do pociągu, usłyszał jak ktoś z naszej grupy cytował Ewangelię i dlatego się do nas odezwał. Sam zaś, jest po studiach teologicznych. Przez ponad 20 lat, uważał się za ateistę. Trzykrotnie w swoim życiu przeczytał Pismo Święte... szukał Boga. W dalszej części rozmowy, opowiadał nam o tym jak zmagał się ze swoją niewiarą i o tym jak w końcu Panu Bogu udało mu się do niego dotrzeć i jak wielkie rzeczy zdziałał w jego życiu. Rozmowa trwała ok. 40 minut i im dłużej trwała jego opowieść, tym większa radość wypisana była na jego twarzy. Coś niesamowitego! Całe wydarzenie wywarło na mnie takie wrażenie, że jedyne co byłam w stanie wnieść do tej rozmowy to: "yhym"... Chrystus pokazał mi przez to wydarzenie, że tak naprawdę, liczyłam w tym momencie na własne siły... myślałam, że spotkam kogoś, komu będę mogła własnymi siłami, pokazać to jak Pan Bóg jest Dobry i może nawet kogoś nawrócić... Pan Bóg jednak zrobił mi i mojej koleżance niezłą niespodziankę, stawiając na naszej drodze człowieka, przez którego pokazał nam, jak bezmyślna była w momencie tego spotkania, nasza postawa i że całe to wydarzenie, było potrzebne bardziej nam niż temu spotkanemu mężczyźnie. Po raz kolejny, pokazał mi, że potrzeba trochę więcej pokory...
P.S. Wiem że ten tekst nie jest do końca poprawny stylistycznie i zawiera wiele powtórzeń, ale mam nadzieję, że jako tako udało mi się przekazać to co mam w tej chwili w głowie i w sercu ;-)
Kolejną rzeczą, zupełnie niespodziewaną, był fakt, iż moją animatorką została dziewczyna, która przyjechała na III st. jako uczestniczka... w drodze do Wrocławia, dowiedziała się że będzie animatorką. Sama nigdy wcześniej nie była na III st, w oazie jest krócej ode mnie. Teoretycznie można by stwierdzić, że jest mniej "doświadczona" niż ja, a ma być moją animatorką. Jako, że od razu po pierwszym odruchu wewnętrznego buntu, przypomniałam sobie o moim postanowieniu przyjęcia wszystkiego takim jakim będzie, starałam się przyjąć to z pokorą... Dosyć szybko okazało się, że Ania jest naprawdę wspaniałą animatorką i nie zamieniłabym jej w tym momencie na żadną inną ;-) Przyjęcie tej posługi, która spadła na nią bardzo niespodziewanie, wymagała naprawdę dużo odwagi. Ania zaimponowała mi swoją ufnością wobec Pana i wytrwałością, kiedy po nocach przygotowywała się do kolejnego spotkania, które miała poprowadzić, gdyż nie znała treści III stopnia, zaś rano, wstawała najwcześniej z nas wszystkich, żeby raz jeszcze spojrzeć na treści dnia, który właśnie się rozpoczynał i pokierować nami w kuchni, w której sama orientowała się na początku rekolekcji, niewiele lepiej niż my ;D
Ale to nie był koniec niespodzianek, które miały na celu nauczyć mnie pokory. Kolejna sytuacja, miała miejsce w pociągu, 12. dnia rekolekcji, kiedy wracaliśmy z pielgrzymki z Trzebnicy, do Wrocławia. W pociągu spotkałyśmy wraz z koleżanką z mojej grupy, pewnego mężczyznę (wcale nie chciałyśmy obok niego usiąść, tak po prostu wyszło...). Zaraz jak usiadłyśmy, usłyszałyśmy od niego pytanie: "dokąd jedziecie? skąd jesteście?" Po chwili odpowiedziałyśmy, że jedziemy do Wrocławia, że przeżywamy tam rekolekcje. We mnie zaś, od razu pojawiła się myśl, że wreszcie nadarzyła się jakaś okazja do ewangelizacji! Że teraz zaczniemy opowiadać temu panu, jakie to my jesteśmy wierzące, wspaniałe, i takie tam... Ale zaraz po tym, jak rzuciłyśmy hasło III stopnia, nasz towarzysz podróży zacytował jakiś fragment z Pisma Świętego (niestety fragmentu nie pamiętam) i spytał jak to hasło ma się do tego... Zamurowało nas. Pytanie było tak sformułowane, że nawet nie wiedziałyśmy o co chodzi... Żeby jakoś wybrnąć z sytuacji, zażartowałam, że na to pytanie może lepiej odpowie ten pan z tyłu (za mną siedział nasz ojciec moderator). W pierwszej chwili po tym pytaniu, myślałam że mamy do czynienia ze świadkiem jehowy i przez chwilę naprawdę zastanawiałam się co dalej robić: próbować z nim rozmawiać? a może uciec?... Na szczęście, po chwili nasz rozmówca, przyznał się, że gdy wchodziliśmy do pociągu, usłyszał jak ktoś z naszej grupy cytował Ewangelię i dlatego się do nas odezwał. Sam zaś, jest po studiach teologicznych. Przez ponad 20 lat, uważał się za ateistę. Trzykrotnie w swoim życiu przeczytał Pismo Święte... szukał Boga. W dalszej części rozmowy, opowiadał nam o tym jak zmagał się ze swoją niewiarą i o tym jak w końcu Panu Bogu udało mu się do niego dotrzeć i jak wielkie rzeczy zdziałał w jego życiu. Rozmowa trwała ok. 40 minut i im dłużej trwała jego opowieść, tym większa radość wypisana była na jego twarzy. Coś niesamowitego! Całe wydarzenie wywarło na mnie takie wrażenie, że jedyne co byłam w stanie wnieść do tej rozmowy to: "yhym"... Chrystus pokazał mi przez to wydarzenie, że tak naprawdę, liczyłam w tym momencie na własne siły... myślałam, że spotkam kogoś, komu będę mogła własnymi siłami, pokazać to jak Pan Bóg jest Dobry i może nawet kogoś nawrócić... Pan Bóg jednak zrobił mi i mojej koleżance niezłą niespodziankę, stawiając na naszej drodze człowieka, przez którego pokazał nam, jak bezmyślna była w momencie tego spotkania, nasza postawa i że całe to wydarzenie, było potrzebne bardziej nam niż temu spotkanemu mężczyźnie. Po raz kolejny, pokazał mi, że potrzeba trochę więcej pokory...
P.S. Wiem że ten tekst nie jest do końca poprawny stylistycznie i zawiera wiele powtórzeń, ale mam nadzieję, że jako tako udało mi się przekazać to co mam w tej chwili w głowie i w sercu ;-)
niedziela, 19 września 2010
Powrót
Rekolekcje już za mną. To był naprawdę niesamowity czas, ogromna łaska od Pana. Chciałabym napisać naprawdę wiele... ale tym razem zacznę nieco dziwnie, bo od końca.
Wczoraj wróciliśmy z Wrocławia. Nasza podróż pociągiem trwała ok. 13 godzin, a potem jeszcze ponad godzinę samochodem, gdyż wysiedliśmy w Puławach, a nie w Lublinie, ale to wyjaśnię dalej. Niestety nie była to podróż do końca szczęśliwa, gdyż po drodze miał miejsce wypadek. W nasz rozpędzony pociąg, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym, wjechał samochód. Kierowca jechał sam. Nie miał szans na przeżycie.
Dokładnie o godzinie 15:00, dosyć niespodziewanie, nasz pociąg zatrzymał się w polu, w miejscu w którym nie było widać żadnej stacji. W naszym przedziale słychać było tylko lekkie stuknięcie - nic więcej. Myśleliśmy że coś niewielkiego znalazło się pod kołami... Zaraz jak się zatrzymaliśmy (nie mając jeszcze pojęcia że coś się stało), Konrad spojrzał na godzinę i stwierdził (zażartował), że ten nagły postój to chyba jakiś znak, że trzeba odmówić koronkę (przyp. koronkę do Miłosierdzia Bożego). Chwilę później, dowiedzieliśmy się, że miał miejsce wypadek (być może śmiertelny) i zaczęliśmy się modlić w intencji tej osoby (bądź osób), która w nim uczestniczyła. Jakieś 20-30 minut później, dowiedzieliśmy się że był to wypadek śmiertelny. Mimo wszystko w nas była jakaś nadzieja, że śmierć w Godzinę Miłosierdzia nie była przypadkowa...
Nasz postój w miejscu wypadku, miał trwać ok. 2 godzin. Wyszło z tego 5,5 godziny... Najpierw pogotowie ratunkowe, straż pożarna, policja... potem prokurator... jeszcze później wezwany inspektor, aby sprawdzić stan pociągu... no i na koniec okazało się, że pociąg nie jest w stanie ruszyć dalej. Czekaliśmy na inny, który nas zabierze. Pociąg dojechał do nas z Kielc, przed godziną 20:30. Jako że nie wiedzieliśmy kiedy ten pociąg do nas przyjedzie (było naprawdę mnóstwo zamieszania...), tata Konrada był już w drodze po nas i dlatego wysiedliśmy już w Puławach, skąd nas odebrał i dalej już samochodem wróciliśmy do Łęcznej.
Przez te 5,5 godziny postoju działo się naprawdę wiele. Ludzie w naszym wagonie w pewnym momencie zaczęli się strasznie denerwować... krzyki, wyzwiska, przekleństwa rzucane dookoła... głównie na pracowników kolei, choć czasem miałam wrażenie że ludzie kłócą się już ze sobą nawzajem. A my? Siedzieliśmy spokojnie w przedziale, rozmawiając, śpiewając, modląc się... prawie jak gdyby nic się nie stało. W pewnym momencie (już chyba po czterech godzinach postoju), Konrad z Dżesiką przeszli się po korytarzu i zauważyli w jednym z przedziałów siostrę zakonną. Jako że po III stopniu, przyzwyczailiśmy się do spotkań z Żywym Kościołem (codzienne wizyty osób różnych stanów, które aktywnie uczestniczą w życiu Kościoła), postanowili zaprosić ją do naszego przedziału, żeby porozmawiać. O Panu Bogu, o jej drodze do Niego - drodze powołania. Jak się okazało, była to siostra ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NIEPOKALANEJ Maryi. Dla nas był to kolejny znak, że to spotkanie nie jest przypadkowe. Dwa dni wcześniej, oddaliśmy się przecież właśnie NIEPOKALANEJ... (14. dnia na III st. odbywa się zawierzenie Niepokalanej, Matce Kościoła). I tak kolejną godzinę postoju, spędziliśmy na naprawdę miłym spotkaniu, z niesamowicie sympatyczną, zakochaną w Bogu siostrą zakonną, odkrywając kolejne miejsce w Kościele i kolejną drogę powołania.
Chwilę przed przesiadką do drugiego pociągu, stanął przy nas konduktor, który miał zaraz pomagać nam przenieść się na kolejny pociąg (akurat stanęliśmy w miejscu, w którym tory znajdowały się na wysokich wałach i potrzebna była pomoc przy wsiadaniu i przenoszeniu bagaży). Konrad zapytał go o szczegóły wypadku... (wcześniej nie wiedzieliśmy nawet ile osób zginęło i jak to się dokładnie stało), a ja w tym momencie, spojrzałam w oczy tego człowieka. W jego oczach było widać zmęczenie, ale też jakiś żal, smutek... wszyscy Ci ludzie z pociągu, mieli do niego pretensje, jego obarczali winą za wypadek, za długi postój. A tak naprawdę niczemu nie był winny. Sam również musiał siedzieć w tym pociągu, mimo że jego godziny pracy być może dawno się skończyły i również znajdował się daleko od domu, w którym być może czekała na niego żona z dziećmi... Ale chyba nikt z tych zdenerwowanych i krzyczących wokół ludzi o tym nie pomyślał. Było mi naprawdę szkoda tego człowieka.
Ale żeby nie zakończyć takim pesymistycznym akcentem, muszę dodać również że w momencie przesiadki, panowie stanęli na wysokości zadania, pomagając wszystkim dostać się "na pokład". Piszę o tym wszystkim z taką myślą, że może kiedyś ktoś z Was, znajdzie się w podobnej sytuacji i wtedy zamiast wpadać w popłoch i dołączać się do ogólnego stanu narzekania, zachowa spokój i być może zarazi tym innych pasażerów ;)
Wczoraj wróciliśmy z Wrocławia. Nasza podróż pociągiem trwała ok. 13 godzin, a potem jeszcze ponad godzinę samochodem, gdyż wysiedliśmy w Puławach, a nie w Lublinie, ale to wyjaśnię dalej. Niestety nie była to podróż do końca szczęśliwa, gdyż po drodze miał miejsce wypadek. W nasz rozpędzony pociąg, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym, wjechał samochód. Kierowca jechał sam. Nie miał szans na przeżycie.
Dokładnie o godzinie 15:00, dosyć niespodziewanie, nasz pociąg zatrzymał się w polu, w miejscu w którym nie było widać żadnej stacji. W naszym przedziale słychać było tylko lekkie stuknięcie - nic więcej. Myśleliśmy że coś niewielkiego znalazło się pod kołami... Zaraz jak się zatrzymaliśmy (nie mając jeszcze pojęcia że coś się stało), Konrad spojrzał na godzinę i stwierdził (zażartował), że ten nagły postój to chyba jakiś znak, że trzeba odmówić koronkę (przyp. koronkę do Miłosierdzia Bożego). Chwilę później, dowiedzieliśmy się, że miał miejsce wypadek (być może śmiertelny) i zaczęliśmy się modlić w intencji tej osoby (bądź osób), która w nim uczestniczyła. Jakieś 20-30 minut później, dowiedzieliśmy się że był to wypadek śmiertelny. Mimo wszystko w nas była jakaś nadzieja, że śmierć w Godzinę Miłosierdzia nie była przypadkowa...
Nasz postój w miejscu wypadku, miał trwać ok. 2 godzin. Wyszło z tego 5,5 godziny... Najpierw pogotowie ratunkowe, straż pożarna, policja... potem prokurator... jeszcze później wezwany inspektor, aby sprawdzić stan pociągu... no i na koniec okazało się, że pociąg nie jest w stanie ruszyć dalej. Czekaliśmy na inny, który nas zabierze. Pociąg dojechał do nas z Kielc, przed godziną 20:30. Jako że nie wiedzieliśmy kiedy ten pociąg do nas przyjedzie (było naprawdę mnóstwo zamieszania...), tata Konrada był już w drodze po nas i dlatego wysiedliśmy już w Puławach, skąd nas odebrał i dalej już samochodem wróciliśmy do Łęcznej.
Przez te 5,5 godziny postoju działo się naprawdę wiele. Ludzie w naszym wagonie w pewnym momencie zaczęli się strasznie denerwować... krzyki, wyzwiska, przekleństwa rzucane dookoła... głównie na pracowników kolei, choć czasem miałam wrażenie że ludzie kłócą się już ze sobą nawzajem. A my? Siedzieliśmy spokojnie w przedziale, rozmawiając, śpiewając, modląc się... prawie jak gdyby nic się nie stało. W pewnym momencie (już chyba po czterech godzinach postoju), Konrad z Dżesiką przeszli się po korytarzu i zauważyli w jednym z przedziałów siostrę zakonną. Jako że po III stopniu, przyzwyczailiśmy się do spotkań z Żywym Kościołem (codzienne wizyty osób różnych stanów, które aktywnie uczestniczą w życiu Kościoła), postanowili zaprosić ją do naszego przedziału, żeby porozmawiać. O Panu Bogu, o jej drodze do Niego - drodze powołania. Jak się okazało, była to siostra ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NIEPOKALANEJ Maryi. Dla nas był to kolejny znak, że to spotkanie nie jest przypadkowe. Dwa dni wcześniej, oddaliśmy się przecież właśnie NIEPOKALANEJ... (14. dnia na III st. odbywa się zawierzenie Niepokalanej, Matce Kościoła). I tak kolejną godzinę postoju, spędziliśmy na naprawdę miłym spotkaniu, z niesamowicie sympatyczną, zakochaną w Bogu siostrą zakonną, odkrywając kolejne miejsce w Kościele i kolejną drogę powołania.
Chwilę przed przesiadką do drugiego pociągu, stanął przy nas konduktor, który miał zaraz pomagać nam przenieść się na kolejny pociąg (akurat stanęliśmy w miejscu, w którym tory znajdowały się na wysokich wałach i potrzebna była pomoc przy wsiadaniu i przenoszeniu bagaży). Konrad zapytał go o szczegóły wypadku... (wcześniej nie wiedzieliśmy nawet ile osób zginęło i jak to się dokładnie stało), a ja w tym momencie, spojrzałam w oczy tego człowieka. W jego oczach było widać zmęczenie, ale też jakiś żal, smutek... wszyscy Ci ludzie z pociągu, mieli do niego pretensje, jego obarczali winą za wypadek, za długi postój. A tak naprawdę niczemu nie był winny. Sam również musiał siedzieć w tym pociągu, mimo że jego godziny pracy być może dawno się skończyły i również znajdował się daleko od domu, w którym być może czekała na niego żona z dziećmi... Ale chyba nikt z tych zdenerwowanych i krzyczących wokół ludzi o tym nie pomyślał. Było mi naprawdę szkoda tego człowieka.
Ale żeby nie zakończyć takim pesymistycznym akcentem, muszę dodać również że w momencie przesiadki, panowie stanęli na wysokości zadania, pomagając wszystkim dostać się "na pokład". Piszę o tym wszystkim z taką myślą, że może kiedyś ktoś z Was, znajdzie się w podobnej sytuacji i wtedy zamiast wpadać w popłoch i dołączać się do ogólnego stanu narzekania, zachowa spokój i być może zarazi tym innych pasażerów ;)
wtorek, 31 sierpnia 2010
ONŻ III - Wrocław
Przeziębienie, walizka, do której nie wiadomo czy wszystko uda się zmieścić i pogoda, która jak na tę porę roku, chyba nie mogła być już gorsza - oto moje prywatne demotywatory. Co prawda to już nic nie zmienia, jechać muszę (w końcu czekałam na to od kilku miesięcy i wpłaciłam 300 zł zaliczki...) i mimo wszystko... chcę!
Jadę tam trochę "z duszą na ramieniu". Pierwsza tak długa podróż pociągiem, która skończy się późnym wieczorem, miasto którego kompletnie nie znam (byłam we Wrocławiu tylko raz, 7 lat temu - w ZOO ;D), klasztor i grono nieznajomych osób, które spotkam na miejscu... Na szczęście są też rzeczy sprzyjające - jedziemy tam we trójkę i znalazł się ktoś, kto odbierze nas z dworca PKP i zawiezie na miejsce :)
O III. stopniu opinii słyszałam już kilka... "na nic nie ma czasu, naczynia zmywa się późno w nocy", "cały czas każą Ci chodzić w spódnicach", "w wolnym czasie każą Ci iść do kościoła i się modlić"... a także: "trójka to najlepsze rekolekcje!". Mam więc sporo do wyboru - oczywiście, chciałabym podpisać się pod ostatnią z przytoczonych przeze mnie wypowiedzi ;-) Mimo wszystko, staram się jechać tam z sercem otwartym, na to co będzie się działo i co Pan Bóg będzie chciał mi w tym czasie pokazać, czym obdarować i czym doświadczyć... Proszę więc o modlitewne wsparcie na ten czas, a ze swej strony, również postaram się pamiętać, o tych, którzy będą nas wszystkich tam wspierać :) Pierwsze wrażenia z rekolekcji, pojawią się po 18 września...
Jadę tam trochę "z duszą na ramieniu". Pierwsza tak długa podróż pociągiem, która skończy się późnym wieczorem, miasto którego kompletnie nie znam (byłam we Wrocławiu tylko raz, 7 lat temu - w ZOO ;D), klasztor i grono nieznajomych osób, które spotkam na miejscu... Na szczęście są też rzeczy sprzyjające - jedziemy tam we trójkę i znalazł się ktoś, kto odbierze nas z dworca PKP i zawiezie na miejsce :)
O III. stopniu opinii słyszałam już kilka... "na nic nie ma czasu, naczynia zmywa się późno w nocy", "cały czas każą Ci chodzić w spódnicach", "w wolnym czasie każą Ci iść do kościoła i się modlić"... a także: "trójka to najlepsze rekolekcje!". Mam więc sporo do wyboru - oczywiście, chciałabym podpisać się pod ostatnią z przytoczonych przeze mnie wypowiedzi ;-) Mimo wszystko, staram się jechać tam z sercem otwartym, na to co będzie się działo i co Pan Bóg będzie chciał mi w tym czasie pokazać, czym obdarować i czym doświadczyć... Proszę więc o modlitewne wsparcie na ten czas, a ze swej strony, również postaram się pamiętać, o tych, którzy będą nas wszystkich tam wspierać :) Pierwsze wrażenia z rekolekcji, pojawią się po 18 września...
niedziela, 29 sierpnia 2010
Z przystanku
Wczoraj uczestniczyłam w pielgrzymce dziękczynnej za tegoroczne oazy wakacyjne w Wąwolnicy (choć dla mnie to jeszcze nie koniec oaz w te wakacje :D ). Lubię takie spotkania. Głównie chyba dlatego, że zawsze czuję się wtedy tak, jakby oaza ani na chwilę się nie skończyła... jest to jeszcze taki jeden dodatkowy dzień rekolekcji, w tej samej wspólnocie.
Ale dzisiaj nie o tym będę pisać. Bardziej chciałam się skupić na pewnym wydarzeniu, które miało miejsce tuż przed odjazdem do domu, na przystanku, w oczekiwaniu na autobus.
Czekaliśmy ok. 10 minut. Jakieś 3 minuty przed odjazdem, podeszła do nas moja dawna animatorka, z którą kiedyś jeździłam na rekolekcje. Zaraz potem, podszedł do nas pewien pan, będący w stanie wskazującym na spożycie alkoholu... na pewno nie jednorazowe, sądząc po jego wyglądzie.
Jestem członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Codziennie modlę się w intencji osób takich jak on. Jednak kiedy spotykam takie osoby, staram się nie zwracać na nie uwagi... najlepiej nie odzywać się - wtedy najszybciej sobie odejdzie. A takich spotkań jest sporo. Chociażby wtedy, kiedy wracamy z grupką osób z oazy, z piątkowych spotkań... Zawsze zatrzymujemy się w miejscu, w którym część osób idzie w lewo, część w prawo, a pozostali dalej prosto, w głąb osiedla. I akurat jest to miejsce, w którym w odległości kilku metrów znajduje się pijalnia piwa. Kiedy stoi się tam w godzinach wieczornych (20:00-22:00), co jakiś czas wychodzi stamtąd kolejny zataczający się mężczyzna. Czasem przechodzą koło nas w milczeniu, czasem coś zagadują, innym razem krzyczą (śpiewają?), lub odchodzą kilka kroków po czym przewracają się w pobliskie krzaki, wstają i robią kolejnych kilka kroków... Przyznam się szczerze, że w takich sytuacjach staram się trzymać z dala od tych ludzi... z takiego prostego powodu, jakim jest to, że po prostu budzą we mnie lęk, odrazę. Mimo tego, że staram się patrzeć na nich jak na innych ludzi, to po prostu się ich boję - tego, że w tym stanie są nieprzewidywalni, a poza tym, są to najczęściej ludzie mi zupełnie obcy. Co stanowi we mnie niesamowitą barierę, która powoduje to, że nie potrafię się do takiego człowieka nawet odezwać (no chyba, że pyta o godzinę, to ewentualnie...). I wczoraj bardzo zaskoczyła mnie postawa mojej wspomnianej już wyżej animatorki. Postawa bardzo odmienna od mojej. Kiedy ten nieco już starszy, pijany mężczyzna zaczął rzucać jakieś dziwne teksty z wyraźnym zamiarem "przystawienia się" do niej, zamiast go zignorować, czy starać się zbyć, wdała się z nim w rozmowę... w głowie utkwił mi jej fragment:
- "Ma pan żonę?"
- "Nooo, jedną to na pewno mam"
- "To niech pan lepiej wraca do niej, tylko bez tej puszki w ręku"
- "Mówisz to żeby się mnie pozbyć, chcesz mi zrobić na złość, chcesz być dla mnie niemiła" (tu jest bardziej zachowany sens, bo niekoniecznie pamiętam co dokładnie ten mężczyzna mówił - a raczej próbował powiedzieć, bo w tym stanie nieco się plątał...)
- "Nie, mówię to dla pana dobra, dlaczego miałabym być dla pana niemiła?"
Nie wiem jak długo trwała jeszcze ta rozmowa i jak się zakończyła, ponieważ za chwilę przyjechał autobus do którego wsiedliśmy z grupą osób i odjechaliśmy. Mimo wszystko ta sytuacja, pokazała mi, że można traktować takich ludzi inaczej. Że być może tego właśnie potrzebują - codziennie pogardzani, wyśmiewani, czy nawet opluwani przez mijających ich ludzi na ulicy... Nie mam pewności czy taka rozmowa coś mogła w tym człowieku zmienić. Ile był w stanie zrozumieć i przyjąć w takim a nie innym stanie, w którym się znajdował. Ale myślę, że mimo wszystko odczuł, że tym razem ktoś go nie wyśmiał. Może nawet uwierzył, że to co do niego mówi, kieruje w poczuciu jakiejś troski, miłości bliźniego. Po ostatnim zacytowanym przeze mnie pytaniu, widziałam, że chwilę się zastanowił. Nie pamiętam co dalej powiedział, ale chyba nie stwierdził od razu, że faktycznie ona musi być dla niego "niemiła i robić mu na złość", zaś dalszej części rozmowy już nie słyszałam. Ta sytuacja to też kolejna lekcja dla mnie - że można inaczej i że członkostwo w KWC to nie wszystko...
Ale dzisiaj nie o tym będę pisać. Bardziej chciałam się skupić na pewnym wydarzeniu, które miało miejsce tuż przed odjazdem do domu, na przystanku, w oczekiwaniu na autobus.
Czekaliśmy ok. 10 minut. Jakieś 3 minuty przed odjazdem, podeszła do nas moja dawna animatorka, z którą kiedyś jeździłam na rekolekcje. Zaraz potem, podszedł do nas pewien pan, będący w stanie wskazującym na spożycie alkoholu... na pewno nie jednorazowe, sądząc po jego wyglądzie.
Jestem członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Codziennie modlę się w intencji osób takich jak on. Jednak kiedy spotykam takie osoby, staram się nie zwracać na nie uwagi... najlepiej nie odzywać się - wtedy najszybciej sobie odejdzie. A takich spotkań jest sporo. Chociażby wtedy, kiedy wracamy z grupką osób z oazy, z piątkowych spotkań... Zawsze zatrzymujemy się w miejscu, w którym część osób idzie w lewo, część w prawo, a pozostali dalej prosto, w głąb osiedla. I akurat jest to miejsce, w którym w odległości kilku metrów znajduje się pijalnia piwa. Kiedy stoi się tam w godzinach wieczornych (20:00-22:00), co jakiś czas wychodzi stamtąd kolejny zataczający się mężczyzna. Czasem przechodzą koło nas w milczeniu, czasem coś zagadują, innym razem krzyczą (śpiewają?), lub odchodzą kilka kroków po czym przewracają się w pobliskie krzaki, wstają i robią kolejnych kilka kroków... Przyznam się szczerze, że w takich sytuacjach staram się trzymać z dala od tych ludzi... z takiego prostego powodu, jakim jest to, że po prostu budzą we mnie lęk, odrazę. Mimo tego, że staram się patrzeć na nich jak na innych ludzi, to po prostu się ich boję - tego, że w tym stanie są nieprzewidywalni, a poza tym, są to najczęściej ludzie mi zupełnie obcy. Co stanowi we mnie niesamowitą barierę, która powoduje to, że nie potrafię się do takiego człowieka nawet odezwać (no chyba, że pyta o godzinę, to ewentualnie...). I wczoraj bardzo zaskoczyła mnie postawa mojej wspomnianej już wyżej animatorki. Postawa bardzo odmienna od mojej. Kiedy ten nieco już starszy, pijany mężczyzna zaczął rzucać jakieś dziwne teksty z wyraźnym zamiarem "przystawienia się" do niej, zamiast go zignorować, czy starać się zbyć, wdała się z nim w rozmowę... w głowie utkwił mi jej fragment:
- "Ma pan żonę?"
- "Nooo, jedną to na pewno mam"
- "To niech pan lepiej wraca do niej, tylko bez tej puszki w ręku"
- "Mówisz to żeby się mnie pozbyć, chcesz mi zrobić na złość, chcesz być dla mnie niemiła" (tu jest bardziej zachowany sens, bo niekoniecznie pamiętam co dokładnie ten mężczyzna mówił - a raczej próbował powiedzieć, bo w tym stanie nieco się plątał...)
- "Nie, mówię to dla pana dobra, dlaczego miałabym być dla pana niemiła?"
Nie wiem jak długo trwała jeszcze ta rozmowa i jak się zakończyła, ponieważ za chwilę przyjechał autobus do którego wsiedliśmy z grupą osób i odjechaliśmy. Mimo wszystko ta sytuacja, pokazała mi, że można traktować takich ludzi inaczej. Że być może tego właśnie potrzebują - codziennie pogardzani, wyśmiewani, czy nawet opluwani przez mijających ich ludzi na ulicy... Nie mam pewności czy taka rozmowa coś mogła w tym człowieku zmienić. Ile był w stanie zrozumieć i przyjąć w takim a nie innym stanie, w którym się znajdował. Ale myślę, że mimo wszystko odczuł, że tym razem ktoś go nie wyśmiał. Może nawet uwierzył, że to co do niego mówi, kieruje w poczuciu jakiejś troski, miłości bliźniego. Po ostatnim zacytowanym przeze mnie pytaniu, widziałam, że chwilę się zastanowił. Nie pamiętam co dalej powiedział, ale chyba nie stwierdził od razu, że faktycznie ona musi być dla niego "niemiła i robić mu na złość", zaś dalszej części rozmowy już nie słyszałam. Ta sytuacja to też kolejna lekcja dla mnie - że można inaczej i że członkostwo w KWC to nie wszystko...
piątek, 27 sierpnia 2010
O nieprzypadkowym losowaniu
W ubiegłym roku (wspomnianym już roku kapłańskim), Pan Bóg dał mi bardzo wyraźne zadanie... które nie zostało przeze mnie przyjęte do końca z entuzjazmem i pełną ufnością w jego sens. Mianowicie pewnego pierwszego czwartku miesiąca, prowadziliśmy z oazą adorację. Jeśli się nie mylę, był do listopad. Po adoracji, każdy jej uczestnik losował karteczkę, z modlitwą za jednego z kapłanów z naszej parafii. Wylosowałam wtedy (a właściwie wzięłam ostatnią kartkę która została, bo nie przewidzieliśmy liczby osób, jaka się zjawi na adoracji, więc jako prowadzący już nie losowaliśmy) kapłana, którego właściwie nie znałam - dopiero od wakacji przyszedł do naszej parafii i jakoś nieszczególnie darzyłam go sympatią... wydawał mi się jakiś... dziwny. Jakoś tak się stało, że kartka z modlitwą gdzieś mi się zawieruszyła, więc nie modliłam się. Nie potraktowałam tego zresztą zbyt poważnie... Swoją drogą, nie było to żadne terminowe czy ilościowe zobowiązanie.
W kolejnych dniach (gdzieś w połowie listopada) przeżywaliśmy Misje parafialne. W ciągu tych Misji, przez 7 dni odkrywaliśmy kolejne Sakramenty święte. Kiedy przyszedł czas na Sakrament kapłaństwa (a był to również czwartek), padła propozycja wylosowania karteczki z imieniem i nazwiskiem kapłana, za którego podejmiemy się rocznej modlitwy. Oczywiście postanowiłam wziąć w tym udział. Wychodząc z kościoła, zauważyłam na ławce w przedsionku leżącą karteczkę z nazwiskiem kapłana którego już wcześniej wylosowałam do modlitwy, podczas wspomnianej adoracji. Pomyślałam jednak, że nie będę jej podnosić (zapewne ktoś ją zgubił) tylko sama podejdę do koszyka z kartkami i wylosuje... i wylosowałam. Znowu był to ten sam kapłan... Postanowiłam więc, że tym razem potraktuję to poważnie (bo widocznie coś jest na rzeczy) i zacznę się modlić. Jakimś cudem, odnalazłam również poprzednią kartkę z modlitwą, którą zaczęłam wykorzystywać. Dołączałam też tą intencję do innych modlitw, czasem polecałam tego kapłana na Mszy świętej... Po jakimś czasie, zorientowałam się, że temu księdza, naprawdę potrzebna jest pomoc. Że ta modlitwa może będzie dla niego ratunkiem. Skończył się rok kapłański, przyszły zmiany na parafii... i okazało się, że odchodzi. Zniechęcona brakiem rezultatów (widocznych rezultatów) modlitwy, i brakiem wiary w to, że sytuacja może ulec jeszcze jakiejś poprawie, zaniechałam jej od momentu, w którym rzekomo miał odejść z parafii. Jak się jednak później okazało... dostał "drugą szansę" i nie odszedł. Ja jednak już całkowicie zapomniałam o modlitwie za niego... Aż trafiłam na stronę, o której pisałam już w poprzedniej notce - DDAK. Tam dzięki jednej z notek napisanych przez autorkę tego przedsięwzięcia, (notka pt. "Widziałam cud") przypomniałam sobie o tej zaniechanej modlitwie i jednocześnie odnalazłam wiarę i nadzieję w to, że jeszcze nic nie jest stracone! Skoro Pan Bóg powołał mnie do tej modlitwy (a wierzę że tak jest) i sprawił że szukając zupełnie czegoś innego w sieci trafiłam na stronę duchowej adopcji, na której znalazłam właśnie tą notkę, która przypomniała mi o modlitwie, to znaczy że nadzieja cały czas jest! I że Pan Bóg naprawdę może zdziałać wszystko... w końcu sam mówi do nas "proście a otrzymacie". W związku z tym, postanowiłam adoptować tego kapłana. I mam nadzieję, że tym razem nic już mną nie zachwieje, a Pan Bóg umocni mnie w tym postanowieniu. Proszę również i Was, o to byście wspomnieli w swojej modlitwie o tym kapłanie... i o mnie.
W kolejnych dniach (gdzieś w połowie listopada) przeżywaliśmy Misje parafialne. W ciągu tych Misji, przez 7 dni odkrywaliśmy kolejne Sakramenty święte. Kiedy przyszedł czas na Sakrament kapłaństwa (a był to również czwartek), padła propozycja wylosowania karteczki z imieniem i nazwiskiem kapłana, za którego podejmiemy się rocznej modlitwy. Oczywiście postanowiłam wziąć w tym udział. Wychodząc z kościoła, zauważyłam na ławce w przedsionku leżącą karteczkę z nazwiskiem kapłana którego już wcześniej wylosowałam do modlitwy, podczas wspomnianej adoracji. Pomyślałam jednak, że nie będę jej podnosić (zapewne ktoś ją zgubił) tylko sama podejdę do koszyka z kartkami i wylosuje... i wylosowałam. Znowu był to ten sam kapłan... Postanowiłam więc, że tym razem potraktuję to poważnie (bo widocznie coś jest na rzeczy) i zacznę się modlić. Jakimś cudem, odnalazłam również poprzednią kartkę z modlitwą, którą zaczęłam wykorzystywać. Dołączałam też tą intencję do innych modlitw, czasem polecałam tego kapłana na Mszy świętej... Po jakimś czasie, zorientowałam się, że temu księdza, naprawdę potrzebna jest pomoc. Że ta modlitwa może będzie dla niego ratunkiem. Skończył się rok kapłański, przyszły zmiany na parafii... i okazało się, że odchodzi. Zniechęcona brakiem rezultatów (widocznych rezultatów) modlitwy, i brakiem wiary w to, że sytuacja może ulec jeszcze jakiejś poprawie, zaniechałam jej od momentu, w którym rzekomo miał odejść z parafii. Jak się jednak później okazało... dostał "drugą szansę" i nie odszedł. Ja jednak już całkowicie zapomniałam o modlitwie za niego... Aż trafiłam na stronę, o której pisałam już w poprzedniej notce - DDAK. Tam dzięki jednej z notek napisanych przez autorkę tego przedsięwzięcia, (notka pt. "Widziałam cud") przypomniałam sobie o tej zaniechanej modlitwie i jednocześnie odnalazłam wiarę i nadzieję w to, że jeszcze nic nie jest stracone! Skoro Pan Bóg powołał mnie do tej modlitwy (a wierzę że tak jest) i sprawił że szukając zupełnie czegoś innego w sieci trafiłam na stronę duchowej adopcji, na której znalazłam właśnie tą notkę, która przypomniała mi o modlitwie, to znaczy że nadzieja cały czas jest! I że Pan Bóg naprawdę może zdziałać wszystko... w końcu sam mówi do nas "proście a otrzymacie". W związku z tym, postanowiłam adoptować tego kapłana. I mam nadzieję, że tym razem nic już mną nie zachwieje, a Pan Bóg umocni mnie w tym postanowieniu. Proszę również i Was, o to byście wspomnieli w swojej modlitwie o tym kapłanie... i o mnie.
czwartek, 26 sierpnia 2010
DDAK - Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów
Już jakiś czas temu skończył się rok kapłański. Wiele w tymże roku mówiło i słyszało się o modlitwie za kapłanów, podkreślało się jej wartość i potrzebę, powstawało wiele inicjatyw, zostawało podejmowanych wiele postanowień, na czas tego konkretnego roku. Rok się skończył, ale potrzeba modlitwy jest nadal - nie mniejsza niż w minionym czasie. Pewnie wiele osób doświadcza tego w swoim najbliższym otoczeniu (choć może nie wszyscy to widzą...). Ten post, powstaje właśnie po to, by sobie i Wam - czytelnikom, o tym przypomnieć.
Jakiś czas temu "przypadkowo" trafiłam na stronę "Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów" (do której link jest po prawej stronie). Dzieło zapoczątkowane przez pewną dziewczynę, z pomocą ludzi dobrej woli (m. in. kapucynów), którzy je wspierają. Strona ta powstała po to, by zachęcić i zmobilizować do modlitwy - "duchowej adopcji" kapłanów. Myślę, że jest to bardzo fajna inicjatywa, gdyż postanowienie które jest podjęte oficjalnie, najczęściej z powiadomieniem kapłana o modlitwie (chyba, że adoptujący zastrzega, że tego nie chce...), jest o wiele bardziej mobilizujące, niż postanowienie dane samemu sobie. Można "zaadoptować" znajomego księdza, lub wybrać kogoś kto o tą modlitwę prosi: do działu "zgłoszenia", piszą kapłani, którzy proszą o taką modlitwę i z tego co widzę, czekają dosyć długo aż znajdzie się ktoś kto zechce się podjąć takiej adopcji... a propozycja jest kusząca, bo ze swej strony również oferują opiekę modlitewną ;-) (przynajmniej niektórzy). Dzieło to jest dosyć nową inicjatywą, bardzo szybko się rozwija, potrzeba więc również ludzi dobrej woli, którzy zechcą je wspomóc - przez modlitwę, lub w inny sposób (m. in. je promując ;-) ), by jak najdłużej mogło utrzymać się "przy życiu" :) Zachęcam więc wszystkich do tego by zajrzeć na stronę duchowej adopcji i jeśli nawet ktoś nie czułby się na siłach (lub nie odczuwał potrzeby) do włączenia się w taką inicjatywę, to proszę, by choć czasem, objął swoją modlitwą to dzieło, bądź kapłanów czekających na modlitwę... by odnaleźli tych, którzy zapragną ich wesprzeć.
Jakiś czas temu "przypadkowo" trafiłam na stronę "Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów" (do której link jest po prawej stronie). Dzieło zapoczątkowane przez pewną dziewczynę, z pomocą ludzi dobrej woli (m. in. kapucynów), którzy je wspierają. Strona ta powstała po to, by zachęcić i zmobilizować do modlitwy - "duchowej adopcji" kapłanów. Myślę, że jest to bardzo fajna inicjatywa, gdyż postanowienie które jest podjęte oficjalnie, najczęściej z powiadomieniem kapłana o modlitwie (chyba, że adoptujący zastrzega, że tego nie chce...), jest o wiele bardziej mobilizujące, niż postanowienie dane samemu sobie. Można "zaadoptować" znajomego księdza, lub wybrać kogoś kto o tą modlitwę prosi: do działu "zgłoszenia", piszą kapłani, którzy proszą o taką modlitwę i z tego co widzę, czekają dosyć długo aż znajdzie się ktoś kto zechce się podjąć takiej adopcji... a propozycja jest kusząca, bo ze swej strony również oferują opiekę modlitewną ;-) (przynajmniej niektórzy). Dzieło to jest dosyć nową inicjatywą, bardzo szybko się rozwija, potrzeba więc również ludzi dobrej woli, którzy zechcą je wspomóc - przez modlitwę, lub w inny sposób (m. in. je promując ;-) ), by jak najdłużej mogło utrzymać się "przy życiu" :) Zachęcam więc wszystkich do tego by zajrzeć na stronę duchowej adopcji i jeśli nawet ktoś nie czułby się na siłach (lub nie odczuwał potrzeby) do włączenia się w taką inicjatywę, to proszę, by choć czasem, objął swoją modlitwą to dzieło, bądź kapłanów czekających na modlitwę... by odnaleźli tych, którzy zapragną ich wesprzeć.
środa, 25 sierpnia 2010
Z ostatniej niedzieli...
Należę do parafii, w której dosyć często gościmy księży misjonarzy. Najczęściej są to goście zza naszej wschodniej granicy - z Ukrainy. Przyjeżdżają, głoszą homilię, zbierają datki, i odjeżdżają. W swoich homiliach najczęściej (zawsze?) poruszają problemy, które dotykają placówek, na których pracują. Stąd też temat ten, nie jest mi obcy. W ciemno mogę powiedzieć, że Kościół na Ukrainie boryka się z brakiem kapłanów, funduszy na budowę świątyń, stąd wierni mają słaby dostęp do sakramentów, a na Mszę Świętą często muszą jechać 4-5 godzin samochodem, do najbliższej (czasem jedynej w województwie) świątyni i często są prześladowani.
Ostatniej niedzieli gościł u nas kapłan ze wschodnich terenów Ukrainy. Jak już wspomniałam wcześniej, z racji że nasi księża również bywają na Ukrainie, mamy takich gości dosyć często, co powoduje zaś, że człowiek czasem patrzy na taką wizytę ze zniechęceniem (piszę tu z perspektywy własnej, ale nie tylko) - oczywiście, jak najbardziej uważam, że należy im się pomoc duchowa i materialna, gdyż rozumiem ich potrzeby, aczkolwiek jak już wspomniałam, homilie które głoszą zawsze krążą wobec tego samego tematu, o którym myślę, że wielu parafian po tylu ich wizytach, mogłoby opowiedzieć samemu... To też ostatnio spowodowało we mnie myśl, aby tej niedzieli wybrać się na Mszę Świętą do sąsiedniej parafii... (pomysł zrodził się w chwili gdy dowiedziałam się o przyjeździe misjonarza, o czym później jednak szybko zapomniałam).
W sobotę, pewien znajomy kapłan wysłał mi przez jeden z popularnych komunikatorów internetowych (żeby nie było reklamy ;P), parametry niedzielnej Ewangelii i zapytał, co chciałabym usłyszeć w homilii. Akurat ten fragment, zawierał słowa, które ostatnio już wzbudziły we mnie pewne refleksje, no więc szybko wypisałam wszystkie pytania i wątpliwości, które rodzą się we mnie po przeczytaniu tych kilku zdań z Pisma Świętego. Następnego dnia, udałam się na Eucharystię, do mojej parafii. Kiedy po rozpoczęciu zorientowałam się, że gościmy dzisiaj ks. misjonarza, pomyślałam sobie, że szanse na otrzymanie jakiejkolwiek odpowiedzi dot. moich pytań są nikłe i znowu czeka mnie wysłuchiwanie długiej i monotonnej opowieści o problemach na Ukrainie, która nic nie wniesie w moje życie. Fakt, do końca się nie pomyliłam - przytoczone na początku tego posta problemy Kościoła na Ukrainie, oczywiście pojawiły się w homilii i były jej głównym tematem. Podczas tej homilii, padło jednak JEDNO zdanie, które mocno mną potrząsnęło... Jedno zdanie, które odpowiedziało na wszystkie rodzące się pytania. Rzecz niesamowita... coś czego kompletnie się nie spodziewałam - szczególnie po dotychczasowych doświadczeniach z odwiedzin misjonarzy.
To była dobra lekcja od Pana Boga. Pokazał mi przez to, że posługuje się innymi ludźmi, w sposób którego możemy się kompletnie nie spodziewać, i że to On decyduje co jest nam w danym momencie potrzebne i co od Niego otrzymamy. To była mocna lekcja pokory...
Ostatniej niedzieli gościł u nas kapłan ze wschodnich terenów Ukrainy. Jak już wspomniałam wcześniej, z racji że nasi księża również bywają na Ukrainie, mamy takich gości dosyć często, co powoduje zaś, że człowiek czasem patrzy na taką wizytę ze zniechęceniem (piszę tu z perspektywy własnej, ale nie tylko) - oczywiście, jak najbardziej uważam, że należy im się pomoc duchowa i materialna, gdyż rozumiem ich potrzeby, aczkolwiek jak już wspomniałam, homilie które głoszą zawsze krążą wobec tego samego tematu, o którym myślę, że wielu parafian po tylu ich wizytach, mogłoby opowiedzieć samemu... To też ostatnio spowodowało we mnie myśl, aby tej niedzieli wybrać się na Mszę Świętą do sąsiedniej parafii... (pomysł zrodził się w chwili gdy dowiedziałam się o przyjeździe misjonarza, o czym później jednak szybko zapomniałam).
W sobotę, pewien znajomy kapłan wysłał mi przez jeden z popularnych komunikatorów internetowych (żeby nie było reklamy ;P), parametry niedzielnej Ewangelii i zapytał, co chciałabym usłyszeć w homilii. Akurat ten fragment, zawierał słowa, które ostatnio już wzbudziły we mnie pewne refleksje, no więc szybko wypisałam wszystkie pytania i wątpliwości, które rodzą się we mnie po przeczytaniu tych kilku zdań z Pisma Świętego. Następnego dnia, udałam się na Eucharystię, do mojej parafii. Kiedy po rozpoczęciu zorientowałam się, że gościmy dzisiaj ks. misjonarza, pomyślałam sobie, że szanse na otrzymanie jakiejkolwiek odpowiedzi dot. moich pytań są nikłe i znowu czeka mnie wysłuchiwanie długiej i monotonnej opowieści o problemach na Ukrainie, która nic nie wniesie w moje życie. Fakt, do końca się nie pomyliłam - przytoczone na początku tego posta problemy Kościoła na Ukrainie, oczywiście pojawiły się w homilii i były jej głównym tematem. Podczas tej homilii, padło jednak JEDNO zdanie, które mocno mną potrząsnęło... Jedno zdanie, które odpowiedziało na wszystkie rodzące się pytania. Rzecz niesamowita... coś czego kompletnie się nie spodziewałam - szczególnie po dotychczasowych doświadczeniach z odwiedzin misjonarzy.
To była dobra lekcja od Pana Boga. Pokazał mi przez to, że posługuje się innymi ludźmi, w sposób którego możemy się kompletnie nie spodziewać, i że to On decyduje co jest nam w danym momencie potrzebne i co od Niego otrzymamy. To była mocna lekcja pokory...
wtorek, 24 sierpnia 2010
Dwie wątpliwości - dwie odpowiedzi.
Pan Bóg działa w naszym życiu na różne sposoby. Mniej lub bardziej dla nas czytelnie - przez Swoje Słowo, przez ludzi, przez wydarzenia... W czasie ostatnich rekolekcji bardzo jasno dał mi odpowiedź przez Swoje Słowo. W sposób, którego się nie spodziewałam.
Przede mną stały dwie decyzje - przyjęcie szkaplerza i włączenie się w Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Dwie decyzje napawające nadzieją... ale budzące też pewien niepokój. "Czy to właściwy moment? Czy podołam? Czy to na pewno moja droga?..." Na te pytania Pan Bóg bardzo szybko udzielił mi swojej odpowiedzi, dając mi podczas rozważania Słowa Bożego, dwa fragmenty, kilka dni przed podjęciem ostatecznych decyzji:
"Następnie przyodziałem cię wyszywaną szatą, obułem cię w trzewiki z miękkiej skórki, opasałem bisiorem i okryłem cię jedwabiem. Ozdobiłem cię klejnotami, włożyłem bransolety na twoje ręce i naszyjnik na twoją szyję." Ez 16, 10-11. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co oznacza(ł będzie) ten fragment. Jeszcze kilka minut przed nabożeństwem przyjęcia szkaplerza, moja decyzja nie była podjęta. Usłyszałam wtedy dwa słowa od kapłana, który miał przewodniczyć nabożeństwu: "Zaufaj Panu"... i tak też się stało. W czasie nabożeństwa czytane było zaś, następujące czytanie: "Ogromnie weselę się w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty(...)" Iz 61, 10-11.
Ktoś może powiedzieć, że te dwa fragmenty to przypadek... ktoś inny może nie zauważy w nich żadnej analogii. Dla mnie zaś, pierwszy fragment jest Bożym wołaniem, drugi zaś, odpowiedzią na to wołanie. Decyzja o przyjęciu szkaplerza stała się jasna - to nie tylko moja wola, lecz Wola Boża, którą pragnę przez to realizować.
I kolejna sytuacja... znów ten sam "schemat" działania Pana Boga. Kolejny fragment na modlitwie: Jezus przed Piłatem (nie pamiętam dokładnie, z której Ewangelii, dlatego nie cytuję). I znów: nabożeństwo Krucjaty, Ewangelia... a tam (jak pewnie wszyscy oazowicze, którzy w tym roku byli na rekolekcjach pamiętają): Jezus przed Piłatem. Znów nie jest to dokładnie to samo... inna Ewangelia... trochę inny fragment. Ale dla mnie - kolejny znak. Decyzja, która już prawie była podjęta - wiedziałam że chcę być członkiem Krucjaty. Nie wiedziałam tylko czy to już ten moment... Ale Pan pokazał mi, że to najwłaściwszy moment. Jako ciekawostkę, dodam że był to 27 lipca... rocznica mojego Chrztu Świętego :) O tym zorientowałam się chwilę przed zaniesieniem kartki z deklaracją (sprawdzając jeszcze czy wszystko dobrze wypełniłam ;-) co jeszcze bardziej dodało mi otuchy i pewności, że to odpowiedni czas :)
W tych dwóch momentach, Pan zadziałał dla mnie bardzo jasno i przejrzyście... taki sposób uznał widocznie za najlepszy - mi osobiście wtedy najpotrzebniejszy. Czasem jednak działa bardzo subtelnie, tak że trzeba się "napracować" aby Go dostrzec. Na dziś jednak, zostawiam te dwa przykłady - na świadectwo. Być może dla czyjegoś umocnienia ;-)
Chwała Panu!
Przede mną stały dwie decyzje - przyjęcie szkaplerza i włączenie się w Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Dwie decyzje napawające nadzieją... ale budzące też pewien niepokój. "Czy to właściwy moment? Czy podołam? Czy to na pewno moja droga?..." Na te pytania Pan Bóg bardzo szybko udzielił mi swojej odpowiedzi, dając mi podczas rozważania Słowa Bożego, dwa fragmenty, kilka dni przed podjęciem ostatecznych decyzji:
"Następnie przyodziałem cię wyszywaną szatą, obułem cię w trzewiki z miękkiej skórki, opasałem bisiorem i okryłem cię jedwabiem. Ozdobiłem cię klejnotami, włożyłem bransolety na twoje ręce i naszyjnik na twoją szyję." Ez 16, 10-11. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co oznacza(ł będzie) ten fragment. Jeszcze kilka minut przed nabożeństwem przyjęcia szkaplerza, moja decyzja nie była podjęta. Usłyszałam wtedy dwa słowa od kapłana, który miał przewodniczyć nabożeństwu: "Zaufaj Panu"... i tak też się stało. W czasie nabożeństwa czytane było zaś, następujące czytanie: "Ogromnie weselę się w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty(...)" Iz 61, 10-11.
Ktoś może powiedzieć, że te dwa fragmenty to przypadek... ktoś inny może nie zauważy w nich żadnej analogii. Dla mnie zaś, pierwszy fragment jest Bożym wołaniem, drugi zaś, odpowiedzią na to wołanie. Decyzja o przyjęciu szkaplerza stała się jasna - to nie tylko moja wola, lecz Wola Boża, którą pragnę przez to realizować.
I kolejna sytuacja... znów ten sam "schemat" działania Pana Boga. Kolejny fragment na modlitwie: Jezus przed Piłatem (nie pamiętam dokładnie, z której Ewangelii, dlatego nie cytuję). I znów: nabożeństwo Krucjaty, Ewangelia... a tam (jak pewnie wszyscy oazowicze, którzy w tym roku byli na rekolekcjach pamiętają): Jezus przed Piłatem. Znów nie jest to dokładnie to samo... inna Ewangelia... trochę inny fragment. Ale dla mnie - kolejny znak. Decyzja, która już prawie była podjęta - wiedziałam że chcę być członkiem Krucjaty. Nie wiedziałam tylko czy to już ten moment... Ale Pan pokazał mi, że to najwłaściwszy moment. Jako ciekawostkę, dodam że był to 27 lipca... rocznica mojego Chrztu Świętego :) O tym zorientowałam się chwilę przed zaniesieniem kartki z deklaracją (sprawdzając jeszcze czy wszystko dobrze wypełniłam ;-) co jeszcze bardziej dodało mi otuchy i pewności, że to odpowiedni czas :)
W tych dwóch momentach, Pan zadziałał dla mnie bardzo jasno i przejrzyście... taki sposób uznał widocznie za najlepszy - mi osobiście wtedy najpotrzebniejszy. Czasem jednak działa bardzo subtelnie, tak że trzeba się "napracować" aby Go dostrzec. Na dziś jednak, zostawiam te dwa przykłady - na świadectwo. Być może dla czyjegoś umocnienia ;-)
Chwała Panu!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)