Rekolekcje już za mną. To był naprawdę niesamowity czas, ogromna łaska od Pana. Chciałabym napisać naprawdę wiele... ale tym razem zacznę nieco dziwnie, bo od końca.
Wczoraj wróciliśmy z Wrocławia. Nasza podróż pociągiem trwała ok. 13 godzin, a potem jeszcze ponad godzinę samochodem, gdyż wysiedliśmy w Puławach, a nie w Lublinie, ale to wyjaśnię dalej. Niestety nie była to podróż do końca szczęśliwa, gdyż po drodze miał miejsce wypadek. W nasz rozpędzony pociąg, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym, wjechał samochód. Kierowca jechał sam. Nie miał szans na przeżycie.
Dokładnie o godzinie 15:00, dosyć niespodziewanie, nasz pociąg zatrzymał się w polu, w miejscu w którym nie było widać żadnej stacji. W naszym przedziale słychać było tylko lekkie stuknięcie - nic więcej. Myśleliśmy że coś niewielkiego znalazło się pod kołami... Zaraz jak się zatrzymaliśmy (nie mając jeszcze pojęcia że coś się stało), Konrad spojrzał na godzinę i stwierdził (zażartował), że ten nagły postój to chyba jakiś znak, że trzeba odmówić koronkę (przyp. koronkę do Miłosierdzia Bożego). Chwilę później, dowiedzieliśmy się, że miał miejsce wypadek (być może śmiertelny) i zaczęliśmy się modlić w intencji tej osoby (bądź osób), która w nim uczestniczyła. Jakieś 20-30 minut później, dowiedzieliśmy się że był to wypadek śmiertelny. Mimo wszystko w nas była jakaś nadzieja, że śmierć w Godzinę Miłosierdzia nie była przypadkowa...
Nasz postój w miejscu wypadku, miał trwać ok. 2 godzin. Wyszło z tego 5,5 godziny... Najpierw pogotowie ratunkowe, straż pożarna, policja... potem prokurator... jeszcze później wezwany inspektor, aby sprawdzić stan pociągu... no i na koniec okazało się, że pociąg nie jest w stanie ruszyć dalej. Czekaliśmy na inny, który nas zabierze. Pociąg dojechał do nas z Kielc, przed godziną 20:30. Jako że nie wiedzieliśmy kiedy ten pociąg do nas przyjedzie (było naprawdę mnóstwo zamieszania...), tata Konrada był już w drodze po nas i dlatego wysiedliśmy już w Puławach, skąd nas odebrał i dalej już samochodem wróciliśmy do Łęcznej.
Przez te 5,5 godziny postoju działo się naprawdę wiele. Ludzie w naszym wagonie w pewnym momencie zaczęli się strasznie denerwować... krzyki, wyzwiska, przekleństwa rzucane dookoła... głównie na pracowników kolei, choć czasem miałam wrażenie że ludzie kłócą się już ze sobą nawzajem. A my? Siedzieliśmy spokojnie w przedziale, rozmawiając, śpiewając, modląc się... prawie jak gdyby nic się nie stało. W pewnym momencie (już chyba po czterech godzinach postoju), Konrad z Dżesiką przeszli się po korytarzu i zauważyli w jednym z przedziałów siostrę zakonną. Jako że po III stopniu, przyzwyczailiśmy się do spotkań z Żywym Kościołem (codzienne wizyty osób różnych stanów, które aktywnie uczestniczą w życiu Kościoła), postanowili zaprosić ją do naszego przedziału, żeby porozmawiać. O Panu Bogu, o jej drodze do Niego - drodze powołania. Jak się okazało, była to siostra ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NIEPOKALANEJ Maryi. Dla nas był to kolejny znak, że to spotkanie nie jest przypadkowe. Dwa dni wcześniej, oddaliśmy się przecież właśnie NIEPOKALANEJ... (14. dnia na III st. odbywa się zawierzenie Niepokalanej, Matce Kościoła). I tak kolejną godzinę postoju, spędziliśmy na naprawdę miłym spotkaniu, z niesamowicie sympatyczną, zakochaną w Bogu siostrą zakonną, odkrywając kolejne miejsce w Kościele i kolejną drogę powołania.
Chwilę przed przesiadką do drugiego pociągu, stanął przy nas konduktor, który miał zaraz pomagać nam przenieść się na kolejny pociąg (akurat stanęliśmy w miejscu, w którym tory znajdowały się na wysokich wałach i potrzebna była pomoc przy wsiadaniu i przenoszeniu bagaży). Konrad zapytał go o szczegóły wypadku... (wcześniej nie wiedzieliśmy nawet ile osób zginęło i jak to się dokładnie stało), a ja w tym momencie, spojrzałam w oczy tego człowieka. W jego oczach było widać zmęczenie, ale też jakiś żal, smutek... wszyscy Ci ludzie z pociągu, mieli do niego pretensje, jego obarczali winą za wypadek, za długi postój. A tak naprawdę niczemu nie był winny. Sam również musiał siedzieć w tym pociągu, mimo że jego godziny pracy być może dawno się skończyły i również znajdował się daleko od domu, w którym być może czekała na niego żona z dziećmi... Ale chyba nikt z tych zdenerwowanych i krzyczących wokół ludzi o tym nie pomyślał. Było mi naprawdę szkoda tego człowieka.
Ale żeby nie zakończyć takim pesymistycznym akcentem, muszę dodać również że w momencie przesiadki, panowie stanęli na wysokości zadania, pomagając wszystkim dostać się "na pokład". Piszę o tym wszystkim z taką myślą, że może kiedyś ktoś z Was, znajdzie się w podobnej sytuacji i wtedy zamiast wpadać w popłoch i dołączać się do ogólnego stanu narzekania, zachowa spokój i być może zarazi tym innych pasażerów ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz