wtorek, 21 września 2010

Jeszcze więcej pokory...

Na rekolekcje jechałam z takim nastawieniem, że przyjmę wszystko co z woli Pana mnie tam spotka... I zmagania zaczęły się dość szybko. Pierwszym krzyżem jaki mnie tam spotkał, była choroba. Czułam się na tyle beznadziejnie, że już pierwszą Eucharystię w dzień przyjazdu spędziłam w łóżku z okropnym bólem głowy, trzęsąc się z zimna pod śpiworem i kocem (po Mszy świętej, ojciec moderator przyniósł mi jeszcze grzejnik elektryczny :D). W momencie uskarżania się na swój los, mając przed oczami wizję zmarnowanych rekolekcji, dostałam smsa o treści: "wola Pana stanie się i tak". No więc podbudowana tym stwierdzeniem (byłam pewna, że wolą Pana, nie są spędzone w łóżku rekolekcje ;P), usilnie zaczęłam modlić się o zdrowie i siły na te 15 dni... do końca tajemnic radosnych rekolekcji, byłam już zupełnie zdrowa, zaś z perspektywy czasu, te pierwsze ciężkie dla mnie dni we Wrocławiu, pozwoliły dostrzec mi jak wielką łaską jest to zdrowie.
Kolejną rzeczą, zupełnie niespodziewaną, był fakt, iż moją animatorką została dziewczyna, która przyjechała na III st. jako uczestniczka... w drodze do Wrocławia, dowiedziała się że będzie animatorką. Sama nigdy wcześniej nie była na III st, w oazie jest krócej ode mnie. Teoretycznie można by stwierdzić, że jest mniej "doświadczona" niż ja, a ma być moją animatorką. Jako, że od razu po pierwszym odruchu wewnętrznego buntu, przypomniałam sobie o moim postanowieniu przyjęcia wszystkiego takim jakim będzie, starałam się przyjąć to z pokorą... Dosyć szybko okazało się, że Ania jest naprawdę wspaniałą animatorką i nie zamieniłabym jej w tym momencie na żadną inną ;-) Przyjęcie tej posługi, która spadła na nią bardzo niespodziewanie, wymagała naprawdę dużo odwagi. Ania zaimponowała mi swoją ufnością wobec Pana i wytrwałością, kiedy po nocach przygotowywała się do kolejnego spotkania, które miała poprowadzić, gdyż nie znała treści III stopnia, zaś rano, wstawała najwcześniej z nas wszystkich, żeby raz jeszcze spojrzeć na treści dnia, który właśnie się rozpoczynał i pokierować nami w kuchni, w której sama orientowała się na początku rekolekcji, niewiele lepiej niż my ;D
Ale to nie był koniec niespodzianek, które miały na celu nauczyć mnie pokory. Kolejna sytuacja, miała miejsce w pociągu, 12. dnia rekolekcji, kiedy wracaliśmy z pielgrzymki z Trzebnicy, do Wrocławia. W pociągu spotkałyśmy wraz z koleżanką z mojej grupy, pewnego mężczyznę (wcale nie chciałyśmy obok niego usiąść, tak po prostu wyszło...). Zaraz jak usiadłyśmy, usłyszałyśmy od niego pytanie: "dokąd jedziecie? skąd jesteście?" Po chwili odpowiedziałyśmy, że jedziemy do Wrocławia, że przeżywamy tam rekolekcje. We mnie zaś, od razu pojawiła się myśl, że wreszcie nadarzyła się jakaś okazja do ewangelizacji! Że teraz zaczniemy opowiadać temu panu, jakie to my jesteśmy wierzące, wspaniałe, i takie tam... Ale zaraz po tym, jak rzuciłyśmy hasło III stopnia, nasz towarzysz podróży zacytował jakiś fragment z Pisma Świętego (niestety fragmentu nie pamiętam) i spytał jak to hasło ma się do tego... Zamurowało nas. Pytanie było tak sformułowane, że nawet nie wiedziałyśmy o co chodzi... Żeby jakoś wybrnąć z sytuacji, zażartowałam, że na to pytanie może lepiej odpowie ten pan z tyłu (za mną siedział nasz ojciec moderator). W pierwszej chwili po tym pytaniu, myślałam że mamy do czynienia ze świadkiem jehowy i przez chwilę naprawdę zastanawiałam się co dalej robić: próbować z nim rozmawiać? a może uciec?... Na szczęście, po chwili nasz rozmówca, przyznał się, że gdy wchodziliśmy do pociągu, usłyszał jak ktoś z naszej grupy cytował Ewangelię i dlatego się do nas odezwał. Sam zaś, jest po studiach teologicznych. Przez ponad 20 lat, uważał się za ateistę. Trzykrotnie w swoim życiu przeczytał Pismo Święte... szukał Boga. W dalszej części rozmowy, opowiadał nam o tym jak zmagał się ze swoją niewiarą i o tym jak w końcu Panu Bogu udało mu się do niego dotrzeć i jak wielkie rzeczy zdziałał w jego życiu. Rozmowa trwała ok. 40 minut i im dłużej trwała jego opowieść, tym większa radość wypisana była na jego twarzy. Coś niesamowitego! Całe wydarzenie wywarło na mnie takie wrażenie, że jedyne co byłam w stanie wnieść do tej rozmowy to: "yhym"... Chrystus pokazał mi przez to wydarzenie, że tak naprawdę, liczyłam w tym momencie na własne siły... myślałam, że spotkam kogoś, komu będę mogła własnymi siłami, pokazać to jak Pan Bóg jest Dobry i może nawet kogoś nawrócić... Pan Bóg jednak zrobił mi i mojej koleżance niezłą niespodziankę, stawiając na naszej drodze człowieka, przez którego pokazał nam, jak bezmyślna była w momencie tego spotkania, nasza postawa i że całe to wydarzenie, było potrzebne bardziej nam niż temu spotkanemu mężczyźnie. Po raz kolejny, pokazał mi, że potrzeba trochę więcej pokory...
P.S. Wiem że ten tekst nie jest do końca poprawny stylistycznie i zawiera wiele powtórzeń, ale mam nadzieję, że jako tako udało mi się przekazać to co mam w tej chwili w głowie i w sercu ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz