środa, 25 sierpnia 2010

Z ostatniej niedzieli...

Należę do parafii, w której dosyć często gościmy księży misjonarzy. Najczęściej są to goście zza naszej wschodniej granicy - z Ukrainy. Przyjeżdżają, głoszą homilię, zbierają datki, i odjeżdżają. W swoich homiliach najczęściej (zawsze?) poruszają problemy, które dotykają placówek, na których pracują. Stąd też temat ten, nie jest mi obcy. W ciemno mogę powiedzieć, że Kościół na Ukrainie boryka się z brakiem kapłanów, funduszy na budowę świątyń, stąd wierni mają słaby dostęp do sakramentów, a na Mszę Świętą często muszą jechać 4-5 godzin samochodem, do najbliższej (czasem jedynej w województwie) świątyni i często są prześladowani.
Ostatniej niedzieli gościł u nas kapłan ze wschodnich terenów Ukrainy. Jak już wspomniałam wcześniej, z racji że nasi księża również bywają na Ukrainie, mamy takich gości dosyć często, co powoduje zaś, że człowiek czasem patrzy na taką wizytę ze zniechęceniem (piszę tu z perspektywy własnej, ale nie tylko) - oczywiście, jak najbardziej uważam, że należy im się pomoc duchowa i materialna, gdyż rozumiem ich potrzeby, aczkolwiek jak już wspomniałam, homilie które głoszą zawsze krążą wobec tego samego tematu, o którym myślę, że wielu parafian po tylu ich wizytach, mogłoby opowiedzieć samemu... To też ostatnio spowodowało we mnie myśl, aby tej niedzieli wybrać się na Mszę Świętą do sąsiedniej parafii... (pomysł zrodził się w chwili gdy dowiedziałam się o przyjeździe misjonarza, o czym później jednak szybko zapomniałam).
W sobotę, pewien znajomy kapłan wysłał mi przez jeden z popularnych komunikatorów internetowych (żeby nie było reklamy ;P), parametry niedzielnej Ewangelii i zapytał, co chciałabym usłyszeć w homilii. Akurat ten fragment, zawierał słowa, które ostatnio już wzbudziły we mnie pewne refleksje, no więc szybko wypisałam wszystkie pytania i wątpliwości, które rodzą się we mnie po przeczytaniu tych kilku zdań z Pisma Świętego. Następnego dnia, udałam się na Eucharystię, do mojej parafii. Kiedy po rozpoczęciu zorientowałam się, że gościmy dzisiaj ks. misjonarza, pomyślałam sobie, że szanse na otrzymanie jakiejkolwiek odpowiedzi dot. moich pytań są nikłe i znowu czeka mnie wysłuchiwanie długiej i monotonnej opowieści o problemach na Ukrainie, która nic nie wniesie w moje życie. Fakt, do końca się nie pomyliłam - przytoczone na początku tego posta problemy Kościoła na Ukrainie, oczywiście pojawiły się w homilii i były jej głównym tematem. Podczas tej homilii, padło jednak JEDNO zdanie, które mocno mną potrząsnęło... Jedno zdanie, które odpowiedziało na wszystkie rodzące się pytania. Rzecz niesamowita... coś czego kompletnie się nie spodziewałam - szczególnie po dotychczasowych doświadczeniach z odwiedzin misjonarzy.
To była dobra lekcja od Pana Boga. Pokazał mi przez to, że posługuje się innymi ludźmi, w sposób którego możemy się kompletnie nie spodziewać, i że to On decyduje co jest nam w danym momencie potrzebne i co od Niego otrzymamy. To była mocna lekcja pokory...

2 komentarze:

  1. Dobra lekcja. Bóg sam sobie wybiera miejsce, czas, ludzi, przez których chce dotknąć nasze serca... Od nas oczekuje jednego: otwartości na Jego łaskę. To jest pewien klucz do szczęśliwego życia: umieć w codzienności odkryć obecność Pana i swoje życie, takie jakie jest, jako przestrzeń, gdzie mogę doświadczyć Jego łaski. Trzeba uczyć się otwartości na łaskę, nie tam gdzie my jej wyznaczamy czas i miejsce, ale tam, gdzie Bóg chce nas dotknąć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, Ilonka! :) Przede wszystkim to zaskoczyłaś mnie tym blogiem, ale bardzo pozytywnie... bardzo miło się Ciebie czyta. :) Z pewnych względów nie mogę Ci na razie podrzucić mojego adresu, ale za parę dni na pewno go prześlę, więc jeśli będziesz miała chęć, to będziesz mogła i moje bzdurki poczytać.
    Co do notki - też mam alergię na misjonarzy, ale Ty to masz pomysły - żeby uciekać od nich do innej parafii! ;p Powiem szczerze, że mi by się nie chciało. ;) A ów ksiądz i mnie bardzo pozytywnie zaskoczył - też myślałam, że będzie tylko gadanie o misjach, a tu takie świetne kazanie... Chociaż też wiem, że mogłam zmienić swoje podejście - wtedy i kazanie o misjach mogłoby przynieść we mnie owoce. :)
    Pozdrawiam cieplutko. :)

    OdpowiedzUsuń