niedziela, 29 sierpnia 2010

Z przystanku

Wczoraj uczestniczyłam w pielgrzymce dziękczynnej za tegoroczne oazy wakacyjne w Wąwolnicy (choć dla mnie to jeszcze nie koniec oaz w te wakacje :D ). Lubię takie spotkania. Głównie chyba dlatego, że zawsze czuję się wtedy tak, jakby oaza ani na chwilę się nie skończyła... jest to jeszcze taki jeden dodatkowy dzień rekolekcji, w tej samej wspólnocie.
Ale dzisiaj nie o tym będę pisać. Bardziej chciałam się skupić na pewnym wydarzeniu, które miało miejsce tuż przed odjazdem do domu, na przystanku, w oczekiwaniu na autobus.
Czekaliśmy ok. 10 minut. Jakieś 3 minuty przed odjazdem, podeszła do nas moja dawna animatorka, z którą kiedyś jeździłam na rekolekcje. Zaraz potem, podszedł do nas pewien pan, będący w stanie wskazującym na spożycie alkoholu... na pewno nie jednorazowe, sądząc po jego wyglądzie.
Jestem członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Codziennie modlę się w intencji osób takich jak on. Jednak kiedy spotykam takie osoby, staram się nie zwracać na nie uwagi... najlepiej nie odzywać się - wtedy najszybciej sobie odejdzie. A takich spotkań jest sporo. Chociażby wtedy, kiedy wracamy z grupką osób z oazy, z piątkowych spotkań... Zawsze zatrzymujemy się w miejscu, w którym część osób idzie w lewo, część w prawo, a pozostali dalej prosto, w głąb osiedla. I akurat jest to miejsce, w którym w odległości kilku metrów znajduje się pijalnia piwa. Kiedy stoi się tam w godzinach wieczornych (20:00-22:00), co jakiś czas wychodzi stamtąd kolejny zataczający się mężczyzna. Czasem przechodzą koło nas w milczeniu, czasem coś zagadują, innym razem krzyczą (śpiewają?), lub odchodzą kilka kroków po czym przewracają się w pobliskie krzaki, wstają i robią kolejnych kilka kroków... Przyznam się szczerze, że w takich sytuacjach staram się trzymać z dala od tych ludzi... z takiego prostego powodu, jakim jest to, że po prostu budzą we mnie lęk, odrazę. Mimo tego, że staram się patrzeć na nich jak na innych ludzi, to po prostu się ich boję - tego, że w tym stanie są nieprzewidywalni, a poza tym, są to najczęściej ludzie mi zupełnie obcy. Co stanowi we mnie niesamowitą barierę, która powoduje to, że nie potrafię się do takiego człowieka nawet odezwać (no chyba, że pyta o godzinę, to ewentualnie...). I wczoraj bardzo zaskoczyła mnie postawa mojej wspomnianej już wyżej animatorki. Postawa  bardzo odmienna od mojej. Kiedy ten nieco już starszy, pijany mężczyzna zaczął rzucać jakieś dziwne teksty z wyraźnym zamiarem "przystawienia się" do niej, zamiast go zignorować, czy starać się zbyć, wdała się z nim w rozmowę... w głowie utkwił mi jej fragment:

- "Ma pan żonę?"
- "Nooo, jedną to na pewno mam"
- "To niech pan lepiej wraca do niej, tylko bez tej puszki w ręku"
- "Mówisz to żeby się mnie pozbyć, chcesz mi zrobić na złość, chcesz być dla mnie niemiła" (tu jest bardziej zachowany sens, bo niekoniecznie pamiętam co dokładnie ten mężczyzna mówił - a raczej próbował powiedzieć, bo w tym stanie nieco się plątał...)
- "Nie, mówię to dla pana dobra, dlaczego miałabym być dla pana niemiła?"

Nie wiem jak długo trwała jeszcze ta rozmowa i jak się zakończyła, ponieważ za chwilę przyjechał autobus do którego wsiedliśmy z grupą osób i odjechaliśmy. Mimo wszystko ta sytuacja, pokazała mi, że można traktować takich ludzi inaczej. Że być może tego właśnie potrzebują - codziennie pogardzani, wyśmiewani, czy nawet opluwani przez mijających ich ludzi na ulicy... Nie mam pewności czy taka rozmowa coś mogła w tym człowieku zmienić. Ile był w stanie zrozumieć i przyjąć w takim a nie innym stanie, w którym się znajdował. Ale myślę, że mimo wszystko odczuł, że tym razem ktoś go nie wyśmiał. Może nawet uwierzył, że to co do niego mówi, kieruje w poczuciu jakiejś troski, miłości bliźniego. Po ostatnim zacytowanym przeze mnie pytaniu, widziałam, że chwilę się zastanowił. Nie pamiętam co dalej powiedział, ale chyba nie stwierdził od razu, że faktycznie ona musi być dla niego "niemiła i robić mu na złość", zaś dalszej części rozmowy już nie słyszałam. Ta sytuacja to też kolejna lekcja dla mnie - że można inaczej i że członkostwo w KWC to nie wszystko...

1 komentarz:

  1. Też byłam w szoku, kiedy słuchałam tej rozmowy... Nie wiem, czy byłabym w stanie zacząć tak mówić do takiej osoby, ale już jakiś czas temu postanowiłam sobie podchodzić do takich ludzi, którzy gdzieś się przewrócą, czy leżą i przynajmniej zapytać, czy wszystko w porządku, pomóc wstać... Chociaż tyle. :)

    OdpowiedzUsuń