wtorek, 31 sierpnia 2010

ONŻ III - Wrocław

Przeziębienie, walizka, do której nie wiadomo czy wszystko uda się zmieścić i pogoda, która jak na tę porę roku, chyba nie mogła być już gorsza - oto moje prywatne demotywatory. Co prawda to już nic nie zmienia, jechać muszę (w końcu czekałam na to od kilku miesięcy i wpłaciłam 300 zł zaliczki...) i mimo wszystko... chcę!
Jadę tam trochę "z duszą na ramieniu". Pierwsza tak długa podróż pociągiem, która skończy się późnym wieczorem, miasto którego kompletnie nie znam (byłam we Wrocławiu tylko raz, 7 lat temu - w ZOO ;D), klasztor i grono nieznajomych osób, które spotkam na miejscu... Na szczęście są też rzeczy sprzyjające - jedziemy tam we trójkę i znalazł się ktoś, kto odbierze nas z dworca PKP i zawiezie na miejsce :)
O III. stopniu opinii słyszałam już kilka... "na nic nie ma czasu, naczynia zmywa się późno w nocy", "cały czas każą Ci chodzić w spódnicach", "w wolnym czasie każą Ci iść do kościoła i się modlić"... a także: "trójka to najlepsze rekolekcje!". Mam więc sporo do wyboru - oczywiście, chciałabym podpisać się pod ostatnią z przytoczonych przeze mnie wypowiedzi ;-) Mimo wszystko, staram się jechać tam z sercem otwartym, na to co będzie się działo i co Pan Bóg będzie chciał mi w tym czasie pokazać, czym obdarować i czym doświadczyć... Proszę więc o modlitewne wsparcie na ten czas, a ze swej strony, również postaram się pamiętać, o tych, którzy będą nas wszystkich tam wspierać :) Pierwsze wrażenia z rekolekcji, pojawią się po 18 września...

niedziela, 29 sierpnia 2010

Z przystanku

Wczoraj uczestniczyłam w pielgrzymce dziękczynnej za tegoroczne oazy wakacyjne w Wąwolnicy (choć dla mnie to jeszcze nie koniec oaz w te wakacje :D ). Lubię takie spotkania. Głównie chyba dlatego, że zawsze czuję się wtedy tak, jakby oaza ani na chwilę się nie skończyła... jest to jeszcze taki jeden dodatkowy dzień rekolekcji, w tej samej wspólnocie.
Ale dzisiaj nie o tym będę pisać. Bardziej chciałam się skupić na pewnym wydarzeniu, które miało miejsce tuż przed odjazdem do domu, na przystanku, w oczekiwaniu na autobus.
Czekaliśmy ok. 10 minut. Jakieś 3 minuty przed odjazdem, podeszła do nas moja dawna animatorka, z którą kiedyś jeździłam na rekolekcje. Zaraz potem, podszedł do nas pewien pan, będący w stanie wskazującym na spożycie alkoholu... na pewno nie jednorazowe, sądząc po jego wyglądzie.
Jestem członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Codziennie modlę się w intencji osób takich jak on. Jednak kiedy spotykam takie osoby, staram się nie zwracać na nie uwagi... najlepiej nie odzywać się - wtedy najszybciej sobie odejdzie. A takich spotkań jest sporo. Chociażby wtedy, kiedy wracamy z grupką osób z oazy, z piątkowych spotkań... Zawsze zatrzymujemy się w miejscu, w którym część osób idzie w lewo, część w prawo, a pozostali dalej prosto, w głąb osiedla. I akurat jest to miejsce, w którym w odległości kilku metrów znajduje się pijalnia piwa. Kiedy stoi się tam w godzinach wieczornych (20:00-22:00), co jakiś czas wychodzi stamtąd kolejny zataczający się mężczyzna. Czasem przechodzą koło nas w milczeniu, czasem coś zagadują, innym razem krzyczą (śpiewają?), lub odchodzą kilka kroków po czym przewracają się w pobliskie krzaki, wstają i robią kolejnych kilka kroków... Przyznam się szczerze, że w takich sytuacjach staram się trzymać z dala od tych ludzi... z takiego prostego powodu, jakim jest to, że po prostu budzą we mnie lęk, odrazę. Mimo tego, że staram się patrzeć na nich jak na innych ludzi, to po prostu się ich boję - tego, że w tym stanie są nieprzewidywalni, a poza tym, są to najczęściej ludzie mi zupełnie obcy. Co stanowi we mnie niesamowitą barierę, która powoduje to, że nie potrafię się do takiego człowieka nawet odezwać (no chyba, że pyta o godzinę, to ewentualnie...). I wczoraj bardzo zaskoczyła mnie postawa mojej wspomnianej już wyżej animatorki. Postawa  bardzo odmienna od mojej. Kiedy ten nieco już starszy, pijany mężczyzna zaczął rzucać jakieś dziwne teksty z wyraźnym zamiarem "przystawienia się" do niej, zamiast go zignorować, czy starać się zbyć, wdała się z nim w rozmowę... w głowie utkwił mi jej fragment:

- "Ma pan żonę?"
- "Nooo, jedną to na pewno mam"
- "To niech pan lepiej wraca do niej, tylko bez tej puszki w ręku"
- "Mówisz to żeby się mnie pozbyć, chcesz mi zrobić na złość, chcesz być dla mnie niemiła" (tu jest bardziej zachowany sens, bo niekoniecznie pamiętam co dokładnie ten mężczyzna mówił - a raczej próbował powiedzieć, bo w tym stanie nieco się plątał...)
- "Nie, mówię to dla pana dobra, dlaczego miałabym być dla pana niemiła?"

Nie wiem jak długo trwała jeszcze ta rozmowa i jak się zakończyła, ponieważ za chwilę przyjechał autobus do którego wsiedliśmy z grupą osób i odjechaliśmy. Mimo wszystko ta sytuacja, pokazała mi, że można traktować takich ludzi inaczej. Że być może tego właśnie potrzebują - codziennie pogardzani, wyśmiewani, czy nawet opluwani przez mijających ich ludzi na ulicy... Nie mam pewności czy taka rozmowa coś mogła w tym człowieku zmienić. Ile był w stanie zrozumieć i przyjąć w takim a nie innym stanie, w którym się znajdował. Ale myślę, że mimo wszystko odczuł, że tym razem ktoś go nie wyśmiał. Może nawet uwierzył, że to co do niego mówi, kieruje w poczuciu jakiejś troski, miłości bliźniego. Po ostatnim zacytowanym przeze mnie pytaniu, widziałam, że chwilę się zastanowił. Nie pamiętam co dalej powiedział, ale chyba nie stwierdził od razu, że faktycznie ona musi być dla niego "niemiła i robić mu na złość", zaś dalszej części rozmowy już nie słyszałam. Ta sytuacja to też kolejna lekcja dla mnie - że można inaczej i że członkostwo w KWC to nie wszystko...

piątek, 27 sierpnia 2010

O nieprzypadkowym losowaniu

W ubiegłym roku (wspomnianym już roku kapłańskim), Pan Bóg dał mi bardzo wyraźne zadanie... które nie zostało przeze mnie przyjęte do końca z entuzjazmem i pełną ufnością w jego sens. Mianowicie pewnego pierwszego czwartku miesiąca, prowadziliśmy z oazą adorację. Jeśli się nie mylę, był do listopad. Po adoracji, każdy jej uczestnik losował karteczkę, z modlitwą za jednego z kapłanów z naszej parafii. Wylosowałam wtedy (a właściwie wzięłam ostatnią kartkę która została, bo nie przewidzieliśmy liczby osób, jaka się zjawi na adoracji, więc jako prowadzący już nie losowaliśmy) kapłana, którego właściwie nie znałam - dopiero od wakacji przyszedł do naszej parafii i jakoś nieszczególnie darzyłam go sympatią... wydawał mi się jakiś... dziwny. Jakoś tak się stało, że kartka z modlitwą gdzieś mi się zawieruszyła, więc nie modliłam się. Nie potraktowałam tego zresztą zbyt poważnie... Swoją drogą, nie było to żadne terminowe czy ilościowe zobowiązanie.
W kolejnych dniach (gdzieś w połowie listopada) przeżywaliśmy Misje parafialne. W ciągu tych Misji, przez 7 dni odkrywaliśmy kolejne Sakramenty święte. Kiedy przyszedł czas na Sakrament kapłaństwa (a był to również czwartek), padła propozycja wylosowania karteczki z imieniem i nazwiskiem kapłana, za którego podejmiemy się rocznej modlitwy. Oczywiście postanowiłam wziąć w tym udział. Wychodząc z kościoła, zauważyłam na ławce w przedsionku leżącą karteczkę z nazwiskiem kapłana którego już wcześniej wylosowałam do modlitwy, podczas wspomnianej adoracji. Pomyślałam jednak, że nie będę jej podnosić (zapewne ktoś ją zgubił) tylko sama podejdę do koszyka z kartkami i wylosuje... i wylosowałam. Znowu był to ten sam kapłan... Postanowiłam więc, że tym razem potraktuję to poważnie (bo widocznie coś jest na rzeczy) i zacznę się modlić. Jakimś cudem, odnalazłam również poprzednią kartkę z modlitwą, którą zaczęłam wykorzystywać. Dołączałam też tą intencję do innych modlitw, czasem polecałam tego kapłana na Mszy świętej... Po jakimś czasie, zorientowałam się, że temu księdza, naprawdę potrzebna jest pomoc. Że ta modlitwa może będzie dla niego ratunkiem. Skończył się rok kapłański, przyszły zmiany na parafii... i okazało się, że odchodzi. Zniechęcona brakiem rezultatów (widocznych rezultatów) modlitwy, i brakiem wiary w to, że sytuacja może ulec jeszcze jakiejś poprawie, zaniechałam jej od momentu, w którym rzekomo miał odejść z parafii. Jak się jednak później okazało... dostał "drugą szansę" i nie odszedł. Ja jednak już całkowicie zapomniałam o modlitwie za niego... Aż trafiłam na stronę, o której pisałam już w poprzedniej notce - DDAK. Tam dzięki jednej z notek napisanych przez autorkę tego przedsięwzięcia, (notka pt. "Widziałam cud") przypomniałam sobie o tej zaniechanej modlitwie i jednocześnie odnalazłam wiarę i nadzieję w to, że jeszcze nic nie jest stracone! Skoro Pan Bóg powołał mnie do tej modlitwy (a wierzę że tak jest) i sprawił że szukając zupełnie czegoś innego w sieci trafiłam na stronę duchowej adopcji, na której znalazłam właśnie tą notkę, która przypomniała mi o modlitwie, to znaczy że nadzieja cały czas jest! I że Pan Bóg naprawdę może zdziałać wszystko... w końcu sam mówi do nas "proście a otrzymacie". W związku z tym, postanowiłam adoptować tego kapłana. I mam nadzieję, że tym razem nic już mną nie zachwieje, a Pan Bóg umocni mnie w tym postanowieniu. Proszę również i Was, o to byście wspomnieli w swojej modlitwie o tym kapłanie... i o mnie.

czwartek, 26 sierpnia 2010

DDAK - Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów

Już jakiś czas temu skończył się rok kapłański. Wiele w tymże roku mówiło i słyszało się o modlitwie za kapłanów, podkreślało się jej wartość i potrzebę, powstawało wiele inicjatyw, zostawało podejmowanych wiele postanowień, na czas tego konkretnego roku. Rok się skończył, ale potrzeba modlitwy jest nadal - nie mniejsza niż w minionym czasie. Pewnie wiele osób doświadcza tego w swoim najbliższym otoczeniu (choć może nie wszyscy to widzą...). Ten post, powstaje właśnie po to, by sobie i Wam - czytelnikom, o tym przypomnieć.
Jakiś czas temu "przypadkowo" trafiłam na stronę "Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów" (do której link jest po prawej stronie). Dzieło zapoczątkowane przez pewną dziewczynę, z pomocą ludzi dobrej woli (m. in. kapucynów), którzy je wspierają. Strona ta powstała po to, by zachęcić i zmobilizować do modlitwy - "duchowej adopcji" kapłanów. Myślę, że jest to bardzo fajna inicjatywa, gdyż postanowienie które jest podjęte oficjalnie, najczęściej z powiadomieniem kapłana o modlitwie (chyba, że adoptujący zastrzega, że tego nie chce...), jest o wiele bardziej mobilizujące, niż postanowienie dane samemu sobie. Można "zaadoptować" znajomego księdza, lub wybrać kogoś kto o tą modlitwę prosi: do działu "zgłoszenia", piszą kapłani, którzy proszą o taką modlitwę i z tego co widzę, czekają dosyć długo aż znajdzie się ktoś kto zechce się podjąć takiej adopcji... a propozycja jest kusząca, bo ze swej strony również oferują opiekę modlitewną ;-) (przynajmniej niektórzy). Dzieło to jest dosyć nową inicjatywą, bardzo szybko się rozwija, potrzeba więc również ludzi dobrej woli, którzy zechcą je wspomóc - przez modlitwę, lub w inny sposób (m. in. je promując ;-) ), by jak najdłużej mogło utrzymać się "przy życiu" :) Zachęcam więc wszystkich do tego by zajrzeć na stronę duchowej adopcji i jeśli nawet ktoś nie czułby się na siłach (lub nie odczuwał potrzeby) do włączenia się w taką inicjatywę, to proszę, by choć czasem, objął swoją modlitwą to dzieło, bądź kapłanów czekających na modlitwę... by odnaleźli tych, którzy zapragną ich wesprzeć.

środa, 25 sierpnia 2010

Z ostatniej niedzieli...

Należę do parafii, w której dosyć często gościmy księży misjonarzy. Najczęściej są to goście zza naszej wschodniej granicy - z Ukrainy. Przyjeżdżają, głoszą homilię, zbierają datki, i odjeżdżają. W swoich homiliach najczęściej (zawsze?) poruszają problemy, które dotykają placówek, na których pracują. Stąd też temat ten, nie jest mi obcy. W ciemno mogę powiedzieć, że Kościół na Ukrainie boryka się z brakiem kapłanów, funduszy na budowę świątyń, stąd wierni mają słaby dostęp do sakramentów, a na Mszę Świętą często muszą jechać 4-5 godzin samochodem, do najbliższej (czasem jedynej w województwie) świątyni i często są prześladowani.
Ostatniej niedzieli gościł u nas kapłan ze wschodnich terenów Ukrainy. Jak już wspomniałam wcześniej, z racji że nasi księża również bywają na Ukrainie, mamy takich gości dosyć często, co powoduje zaś, że człowiek czasem patrzy na taką wizytę ze zniechęceniem (piszę tu z perspektywy własnej, ale nie tylko) - oczywiście, jak najbardziej uważam, że należy im się pomoc duchowa i materialna, gdyż rozumiem ich potrzeby, aczkolwiek jak już wspomniałam, homilie które głoszą zawsze krążą wobec tego samego tematu, o którym myślę, że wielu parafian po tylu ich wizytach, mogłoby opowiedzieć samemu... To też ostatnio spowodowało we mnie myśl, aby tej niedzieli wybrać się na Mszę Świętą do sąsiedniej parafii... (pomysł zrodził się w chwili gdy dowiedziałam się o przyjeździe misjonarza, o czym później jednak szybko zapomniałam).
W sobotę, pewien znajomy kapłan wysłał mi przez jeden z popularnych komunikatorów internetowych (żeby nie było reklamy ;P), parametry niedzielnej Ewangelii i zapytał, co chciałabym usłyszeć w homilii. Akurat ten fragment, zawierał słowa, które ostatnio już wzbudziły we mnie pewne refleksje, no więc szybko wypisałam wszystkie pytania i wątpliwości, które rodzą się we mnie po przeczytaniu tych kilku zdań z Pisma Świętego. Następnego dnia, udałam się na Eucharystię, do mojej parafii. Kiedy po rozpoczęciu zorientowałam się, że gościmy dzisiaj ks. misjonarza, pomyślałam sobie, że szanse na otrzymanie jakiejkolwiek odpowiedzi dot. moich pytań są nikłe i znowu czeka mnie wysłuchiwanie długiej i monotonnej opowieści o problemach na Ukrainie, która nic nie wniesie w moje życie. Fakt, do końca się nie pomyliłam - przytoczone na początku tego posta problemy Kościoła na Ukrainie, oczywiście pojawiły się w homilii i były jej głównym tematem. Podczas tej homilii, padło jednak JEDNO zdanie, które mocno mną potrząsnęło... Jedno zdanie, które odpowiedziało na wszystkie rodzące się pytania. Rzecz niesamowita... coś czego kompletnie się nie spodziewałam - szczególnie po dotychczasowych doświadczeniach z odwiedzin misjonarzy.
To była dobra lekcja od Pana Boga. Pokazał mi przez to, że posługuje się innymi ludźmi, w sposób którego możemy się kompletnie nie spodziewać, i że to On decyduje co jest nam w danym momencie potrzebne i co od Niego otrzymamy. To była mocna lekcja pokory...

wtorek, 24 sierpnia 2010

Dwie wątpliwości - dwie odpowiedzi.

Pan Bóg działa w naszym życiu na różne sposoby. Mniej lub bardziej dla nas czytelnie - przez Swoje Słowo, przez ludzi, przez wydarzenia... W czasie ostatnich rekolekcji bardzo jasno dał mi odpowiedź przez Swoje Słowo. W sposób, którego się nie spodziewałam.
Przede mną stały dwie decyzje - przyjęcie szkaplerza i włączenie się w Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Dwie decyzje napawające nadzieją... ale budzące też pewien niepokój. "Czy to właściwy moment? Czy podołam? Czy to na pewno moja droga?..." Na te pytania Pan Bóg bardzo szybko udzielił mi swojej odpowiedzi, dając mi podczas rozważania Słowa Bożego, dwa fragmenty, kilka dni przed podjęciem ostatecznych decyzji:
"Następnie przyodziałem cię wyszywaną szatą, obułem cię w trzewiki z miękkiej skórki, opasałem bisiorem i okryłem cię jedwabiem. Ozdobiłem cię klejnotami, włożyłem bransolety na twoje ręce i naszyjnik na twoją szyję." Ez 16, 10-11. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co oznacza(ł będzie) ten fragment. Jeszcze kilka minut przed nabożeństwem przyjęcia szkaplerza, moja decyzja nie była podjęta. Usłyszałam wtedy dwa słowa od kapłana, który miał przewodniczyć nabożeństwu: "Zaufaj Panu"... i tak też się stało. W czasie nabożeństwa czytane było zaś, następujące czytanie: "Ogromnie weselę się w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty(...)" Iz 61, 10-11.
Ktoś może powiedzieć, że te dwa fragmenty to przypadek... ktoś inny może nie zauważy w nich żadnej analogii. Dla mnie zaś, pierwszy fragment jest Bożym wołaniem, drugi zaś, odpowiedzią na to wołanie. Decyzja o przyjęciu szkaplerza stała się jasna - to nie tylko moja wola, lecz Wola Boża, którą pragnę przez to realizować.
I kolejna sytuacja... znów ten sam "schemat" działania Pana Boga. Kolejny fragment na modlitwie: Jezus przed Piłatem (nie pamiętam dokładnie, z której Ewangelii, dlatego nie cytuję). I znów: nabożeństwo Krucjaty, Ewangelia... a tam (jak pewnie wszyscy oazowicze, którzy w tym roku byli na rekolekcjach pamiętają): Jezus przed Piłatem. Znów nie jest to dokładnie to samo... inna Ewangelia... trochę inny fragment. Ale dla mnie - kolejny znak. Decyzja, która już prawie była podjęta - wiedziałam że chcę być członkiem Krucjaty. Nie wiedziałam tylko czy to już ten moment... Ale Pan pokazał mi, że to najwłaściwszy moment. Jako ciekawostkę, dodam że był to 27 lipca... rocznica mojego Chrztu Świętego :) O tym zorientowałam się chwilę przed zaniesieniem kartki z deklaracją (sprawdzając jeszcze czy wszystko dobrze wypełniłam ;-) co jeszcze bardziej dodało mi otuchy i pewności, że to odpowiedni czas :)
W tych dwóch momentach, Pan zadziałał dla mnie bardzo jasno i przejrzyście... taki sposób uznał widocznie za najlepszy - mi osobiście wtedy najpotrzebniejszy. Czasem jednak działa bardzo subtelnie, tak że trzeba się "napracować" aby Go dostrzec. Na dziś jednak, zostawiam te dwa przykłady - na świadectwo. Być może dla czyjegoś umocnienia ;-)
Chwała Panu!