sobota, 23 października 2010

Mówiąc o swoim życiu, nie mogę nie mówić o Chrystusie...

     Do powyższej refleksji doszłam dzisiaj, pisząc "pracę domową" na wykład z historii gospodarczej...
     Zacznę jednak po kolei. Prawie dwa tygodnie temu, na laboratorium z TI, prowadzący zajęcia poinformował nas o tym, że każdy w ramach zaliczenia przedmiotu, będzie musiał stworzyć prezentację multimedialną, która będzie w jakiś sposób z nami związana - nasze pasje, przyjaciele, rodzina, my sami... cokolwiek. W sumie zainteresowań mam całkiem sporo: zawsze lubiłam sport (w szczególności sztuki walki, które niestety zeszły już jakiś czas temu na daleki plan...), siatkówkę, piłkę ręczną, tenisa stołowego (tak, ja to naprawdę lubię :D), w ostatnie wakacje umiłowałam również rower :D, a oprócz tego lubię czytać, trochę interesuję się psychologią... coś na pewno by się znalazło. Kiedy jednak prowadzący zajęcia zaczął mówić o wymaganiach jakie ma spełniać ta prezentacja... min. 12 slajdów, zdjęcia, film, muzyka w tle, jakiś wykres... doszłam do wniosku, że to musi być coś, czym ja naprawdę żyje na co dzień. Bo inaczej, po prostu nie znajdę materiałów ;P Albo będę musiała bardzo mocno szukać ich nie wiadomo gdzie, co przy okazji sprawi, że przygotowanie takiej prezentacji będzie bardzo długie i nużące. Stwierdziłam więc (bardzo spontanicznie), że zrobię prezentacje nt. wspólnoty do której należę - czyli RŚ-Ż. Temat ten został zaakceptowany przez prowadzącego, więc nawet gdyby teraz przyszło mi do głowy to zmienić, nie mam już za bardzo na to szans ;D Ta prezentacja, może być więc okazją do świadectwa o Chrystusie...
     W czwartek zaś, na wykładzie ze wspomnianej już powyżej historii gospodarczej, wykładowczyni poprosiła nas o stworzenie periodyzacji własnego życia i dostarczenie jej na najbliższy wykład. Periodyzacji mamy dokonać ze wzgl. na dowolny, wybrany przez siebie czynnik. Jedynym zakazanym czynnikiem jest periodyzacja ze względu na etapy nauki - bo wtedy każdy podzieliłby swoje życie w ten sam sposób, co nie wymagałoby od nas żadnego myślenia... Chwilę się zastanawiałam i... stwierdziłam, że jedynym takim czynnikiem, na który mogę się zdecydować, jest podział mojego życia ze względu na podejście do wiary i wpływ wartości chrześcijańskich na moje życie. Mogłabym szukać różnych innych, bardzo sztucznych podziałów: ze wzgl. na zmieniające się zainteresowania, miejsce zamieszkania (wtedy byłby to bardzo mało skomplikowany podział ;D) czy jakikolwiek inny. Ale takim jedynym istotnym czynnikiem, który faktycznie dzieli moje życie na kilka etapów, jest właśnie wiara. Mój osobisty kontakt z Chrystusem.
     Przez chwilę zastanawiałam się, czy aby nie jestem monotematyczna... ale szczerze mówiąc, cieszy mnie to stwierdzenie, że: "mówiąc o swoim życiu, nie mogę nie mówić o Chrystusie", gdyż bardzo przypomina mi to słowa św. Pawła, który powiedział: "już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20), a jego postawa, jest dla mnie niewątpliwie dużym przykładem :)

sobota, 2 października 2010

Studentka :D

I stało się ;D Od wczoraj, już jak najbardziej oficjalnie, jestem studentką I roku Finansów i Rachunkowości na Wydziale Ekonomicznym UMCS. Jak powiedział prorektor w trakcie uroczystej Immatrykulacji, na kierunku, który w chwili obecnej jest "perełką Uniwersytetu" ;D Tak więc zaczęło się miło, mam nadzieję, że dalej, nie będzie inaczej :)

A swoją drogą... wrócę jeszcze do opisywanej wcześniej ewangelizacji. Kiedy byliśmy już w ostatniej z odwiedzanych przez nas klas, katechetka skierowała w moją stronę pytanie, dlaczego akurat wydział ekonomiczny... powiedziała coś mniej więcej: "z jednej strony blisko Boga, a z drugiej ta ekonomia... czy to się ze sobą nie kłóci?". Przyznam szczerze, że przez chwilę poczułam się jak ten celnik Mateusz, który zasiadł przy jednym stole z Chrystusem, zaś faryzeusze pytali go dlaczego z nim jada. Otóż, na pewno nie każdy celnik był złodziejem, było to uogólnienie, które niestety odbijało się na tych uczciwych. Z drugiej zaś strony, ktoś mógłby stwierdzić, że kończąc taki kierunek, będę się zajmować głównie sprawami materialnymi, tzw "mamoną", a jak większość pewnie wie "nie można służyć Bogu i mamonie" (Łk 16, 13b). No właśnie. Ale czy takie studia i praca związana z finansami bądź rachunkowością, musi wiązać się z tym o czym mówi Chrystus w tym fragmencie Ewangelii? Myślę (a właściwie jestem pewna) że nie! Owszem, można przyjąć w takiej pracy postawę "nieuczciwego zarządcy", bądź celnika, który będzie wzbogacał się dzięki takiej pracy (chociaż nie wiem na ile do końca to jest możliwe, bądź czy faktycznie jest bardziej możliwe niż w jakimkolwiek innym zawodzie...). A samo zajmowanie się pieniędzmi... cóż... zajmujemy się nimi codziennie. Wszyscy. Nawet siostry zakonne, czy bracia/ojcowie, składający ślub ubóstwa - bo też muszą się za coś utrzymać... Samo więc dysponowanie, czy zarządzanie pieniędzmi, nie jest niczym oddalającym od Boga, a wręcz przeciwnie - myślę, że uczciwe zarządzanie pieniędzmi, może być dobrym świadectwem wobec tych, którzy wszystkich celników czy urzędników traktują jak złodziei. Kończąc już, dodam tylko, iż ufam że to Pan Bóg kieruje moimi drogami i że ten czas studiów, który jest przede mną, również jest w Jego planie ;-) A co będzie dalej? Póki co, ja jeszcze tego nie wiem... On pewnie już tak ;-)